środa, 25 czerwca 2014

Parę głupot

W szale uniesień związanych z emocjami, jakie towarzyszą aferze taśmowej (zdaje się, że nie pierwszej a na pewno nie ostatniej w polskiej polityce), łatwo stracić z oczu inne, niemniej istotne zjawiska. Choćby to, co ostatnio stało się w Biedronce! Oto zmiana jakościowa, która dla milionów konsumentów może się okazać ważniejsza i bardziej odczuwalna niż fakt, że Sikorski stwierdził, że robimy Amerykanom laskę (jakbyśmy tego wcześniej nie zauważyli).
Dla mnie pierwsze zakupy w Biedrze płacone kartą to była chwila wyjątkowa. Serio, przez chwilę myślałem, czy nie strzelić sobie okolicznościowej samojebki z kasjerką i znudzonym życiem ochroniarzem. Żegnajcie grosiki, na które zadłużały się kasjerki (już nam nigdy nie oddadzą!), żegnajcie wszystkie "ale ja nie mam jak wydać" albo "a może drobniej?". Było minęło. Ciekawe jaka będzie następna rewolucja w Biedronce? Możliwość płacenia bonami Sodexho? Wielosztuki na alkohol wysokoprocentowy? 
W telewizji mundial - jedni oglądają namiętnie, inni nim rzygają. Ja oglądam. Oglądam, więc mniej biegam. Oglądam, więc więcej piję. Oglądam, więc nie dosypiam. No ale przecież sport to zdrowie.
Trochę jednak z powodu tego mundialu doskwiera mi brak telewizora. Delikatnie mówiąc, spodziewałem się więcej po jakości transmisji na stronach internetowych TVP. Tymczasem rozdzielczość obrazu zmienia się dynamicznie w trakcie meczu, raz jest nieźle, kiedy indziej natomiast obraz przypomina skrzyżowanie Jacksona Pollocka z "Modą na Sukces" - niby jest jakaś akcja, ale zupełnie nie wiadomo kto z kim i dlaczego.

Na początek (kolejny, nowy początek mojej blogo-pożalsięboże-twórczości) wystarczy. Kolejna notka już wkrótce, czyli pewnie w październiku.



czwartek, 6 lutego 2014

Przemarznięte

Wracam w mej narracji do minionej soboty, choć byłem już kilka dni dalej. Co gorsza - wracam dla dziwek. Wracam dla tych kilku pań, których młodość zabłąkała się gdzieś pod Okrągłym Stołem i utknęła w zawierusze transformacji, a które minąłem w sobotę udając się do Barocku. Wracam do soboty dla prostytutek okolic Marriottu, szukających zarobku na Emilii Plater, Chałubińskiego, Koszykowej czy Poznańskiej.
Jest zima, nawet kilkanaście stopni mrozu. Tymczasem specyfika ich pracy wymaga, aby ileś godzin po prostu odstać na dworze. Ulica to ich Point of Sale. Tylko tu mogą znaleźć swych klientów, tylko tu mogą zawrzeć transakcję, przyjąć zamówienie. Zanim to nastąpi - muszą marznąć. 
Kolejnym problemem jest marketing. Prostytutki z Chałubińskiego nie mogą liczyć na wsparcie agencji reklamowej, która ułoży im strategię komunikacji na najbliższy rok, nie mogą liczyć na pomoc domu mediowego w wykupieniu czasu na reklamy w telewizji, nie mogą oplakatować miasta a i prowadzenie fanpejdża na fejsbuku raczej nie wydaje się, na dłuższą metę, możliwe. Pozostaje tylko prezentacja produktu na miejscu, wzmocniona nieco przy pomocy prostych ulepszaczy - ledwo zakrywającej biodra spódniczki, pończoch w panterkę, agresywnego makijażu i zawadiackiego spojrzenia spod doklejonych rzęs. 
Bo prostytutka jest tu nie tylko asystentem sprzedaży, doradcą klienta czy, jeśli predestynuje ją do tego staż i doświadczenie, account managerem swojego chodnika. Jest jednocześnie produktem. Jest jak automat z coca-colą. Klient podchodzi, wybiera napój, płaci i dostaje czego chce. Jak się wkurzy to czasem kopnie albo uderzy. I odejdzie. Jedyna różnica, że prostytutce płaci się po, tak mi się przynajmniej zdaje. Jak w taksówce - według wskazania waginotaksometru. Oczywiście można dorzucić napiwek i chwilę pogadać z kierowcą. Po wszystkim taksówka wraca na postój; znowu czeka na klienta, na trzaśnięcie drzwiami, które rozgrzeje tego skostniałego od tęgiego mrozu diesla.

środa, 4 grudnia 2013

Jerzy 2.1

- Cześć, Marek.
- Cześć, Jerzy, cześć - Marek nieznacznie skinął mi głową nie tracąc kontaktu wzrokowego z monitorem. Położyłem plecak koło szafki, powiesiłem kurtkę na wieszaku, zgarnąłem z biurka kubek z zaschniętym osadem kawy na dnie i ruszyłem w stronę pokoju socjalnego w ramach codziennej, porannej pielgrzymki. Na miejscu kilkuosobowa grupa współpielgrzymów z innych działów, skupiona wokół ekspresu dla baristów-amatorów, dzieliła się wzajemnie relacjami z weekendu, komentowała poranną, nie najlepszą pogodę oraz dodawała sobie otuchy słowami "byle do piątku". Nie miałem ochoty do nich dołączać. Weekend minął mi równie bezbarwnie, co całe dotychczasowe życie, pogoda psuła nastrój na tyle, że nie miałem ochoty o niej rozmawiać a piątek jawił się jako wydarzenie z przyszłej, jakże odległej epoki. Przywitałem się kurtuazyjnie, umyłem kubek, napełniłem go po brzegi czarną kawą i wróciłem do boksu.
Włączyłem komputer, uruchomiłem generowanie raportów. Tych samych, co w każdy poniedziałek. Poprawiłem sobie samopoczucie solidnym łykiem kawy i sprawdziłem pocztę. Trochę bzdur, przypomnienie Marka, że prosi o Raport R2 do dwunastej, nowy załącznik do przepisów BHP, z którym powinienem się zapoznać. No i oczywiście sprzedaż z minionego tygodnia - kilka tłustych, czerwonych cyfr z dopiskiem: "do realizacji budżetu pozostało już naprawdę niewiele!"
Raporty zaciągnięte, trzeba je teraz sprawdzić, ewentualnie poprawić i przesłać dalej. Dzień jak co dzień. Tydzień, jak każdy inny. Miesiąc niczym nie różniący się od poprzednich a pewnie i od przyszłych. Te same raporty, te same wskaźniki, te same procedury; jedynie wartości czasem nieznacznie się zmieniają. Tyle, jeśli chodzi o urozmaicenie. Tyle, jeśli chodzi o moją pracę. I tyle, jeśli chodzi o pracę większości z nas. Kiedyś mój ojciec pracował w fabryce. Opowiadał, że na dzień dobry podbijał na wejściu kartę zakładową, po czym montował jakieś trzpienie w dziwacznych maszynach przez tyle godzin, ile akurat wynosiła zmiana. W przerwie przegryzał kanapki, najczęściej z podwawelską, które robiła mu matka. Na koniec ponownie podbijał kartę i wracał do domu. A dziś? Moja "karta zakładowa" jest kawałkiem plastiku z elektronicznym czipem, każda "zmiana" odbywa się w tych samych godzinach a zamiast kanapek z podwawelską w przerwie konsumuję sushi. Poza tym nic się nie zmieniło.
Jest ok, numerki się zgadzają. Jeszcze tylko ostatnie dwie kolumny i raport można przesłać dalej. Teraz będzie już z górki. Oczywiście tylko do jutra, gdy dostanę nową porcję danych, nad którymi znowu będę musiał posiedzieć. Właściwie... Może to nie jest takie złe? Może to całe przychodzenie, wystukiwanie tego samego w nieskończoność, sprawdzanie tych samych wskaźników i jedzenie tego samego sushi nie jest takie złe? Przychodzę, robię swoje, wychodzę. Od ponad trzech lat wciąż to samo, powtarzam te same czynności, bardzo często mechanicznie i bez głębszego zastanowienia. Tak, jak sprzedawca na bazarze, który z łatwością odmierza w dłoni tyle kilogramów ziemniaków, ile sobie klient zażyczy.
To jest przede wszystkim proste, łatwe, nieabsorbujące a nawet niemęczące. Czy powinniśmy bronić się przed rolą małych trybików w wielkich korporacyjnych maszynach? Czy to nie wygodne pełnić funkcję małej śrubki, od której niewiele się wymaga, mało kto zwraca na nią uwagę, a jednocześnie jej płacą i nikogo nie obchodzi co robi i czym się zajmuje w czasie, gdy maszyna nie pracuje? Czy ta osławiona samorealizacji jest w ogóle czymś więcej niż pustym hasłem, za którym kryją się patentowane lenie, niespełnieni, pozbawieni talentów artyści i kryptoalkoholicy? Ludzie mówią, że praca w korpo odbiera im życia, demotywuje do działania, zabija w nich wiarę w siebie. No to ja pytam: co wam zabiera? jak was demotywuje? jak was zabija? Pytam dalej: a co chcielibyście robić, żeby was nie zabijało, nie demotywowało, żeby nic nie odbierało? Czego oczekujecie? Ludzie pragną pracy pełnej ciekawych wyzwań, kreatywnej, pasjonującej, dynamicznej, podczas gdy sami są najczęściej nudni, nieskomplikowani i flegmatyczni. Najczęściej zaś jest tak, że o tym czego chcemy, wiemy tylko tyle, że absolutnie nie jest to tym, co aktualnie mamy.

niedziela, 17 listopada 2013

Narodziny świadomości Maćka

Znalazłem się na świecie w okolicach października 1987 roku. Był to jeden z tych burzliwych okresów w dziejach ludzkości, kiedy jedno imperium chyliło się ku upadkowi, by na jego zgliszczach mogło narodzić się nowe. A trzeba pamiętać, że otworzyć oczy po raz pierwszy w takich właśnie czasach to nie byle co!
Niestety pierwsze wrażenie nie było tak wspaniałe, jak to sobie wyobrażałem. Nie widziałem więc ani żużlowego kolosa z kruszejącymi nogami i zardzewiałym sierpem wbitym w jego lewą stopę, ani tego ze stali i ropy naftowej czyhającego, by zająć miejsce poprzednika. Zamiast tego zobaczyłem salę długości około 10 metrów, w niej kilkanaście stolików i tyluż małych ludków, którzy najwyraźniej również zupełnie niedawno dostąpili zaszczytu zjawienia się na świecie. Wniosek ów, pierwszy w moim własnym życiu, nie opierał się na żadnej podstawie rozumowej - właściwości i potęga logosu miały mi zostać objawione nieco później. Opierał się na intuicji. Już wkrótce poinformowano mnie, że był on słuszny oraz że znajduję się w specjalistycznym ośrodku dla nowo przybyłych na świat. Ośrodek ów był, jak w niedługim czasie odkryłem, oddziałem potężnej instytucji, rozpowszechnionej w wielu częściach świata, mającej za zadanie przystosowywać młode osobniki do życia i wprowadzać je małymi kroczkami w labirynty świata. Instytucja ta z dawien dawna nosiła miano Żłobka…

Początki rzadko bywają łatwe. Mój również nie był. Znaleźć się nagle w jakimś przeogromnym świecie, gdzie zna się raptem dwie osoby o niepokojąco prymitywnych, jeśli chodzi o strukturę słowotwórczą, imionach, czyli „mama” i „tata” może być ciężkim doświadczeniem dla niejednego. A taki problematyczny start bynajmniej nie rokuje dobrze na przyszłość. Łatwo więc ulec zniechęceniu, co też i mnie się przytrafiło.

Mówiąc najprościej - zupełnie nie mogłem się odnaleźć w zastanej rzeczywistości. Inne ludki, które na nowy dla nich świat reagowały w podobnie alergiczny sposób, były mi zupełnie obce, choć zmuszone stawić czoła zupełnie analogicznym problemom, co podobno jest silnym czynnikiem integrującym. Po prostu w żaden sposób nie potrafiłem nawiązać z nimi kontaktu. To było szalenie ambiwalentne - z jednej strony miało się świadomość, że są tacy, jak ja, z drugiej zaś zupełnie brakowało pomysłów na interakcję. Bo co w końcu, miałem podejść i zapytać pierwszego lepszego z brzegu ludka: Witam kolegę/koleżankę, jak kolega/koleżanka odnajduje się w tym świecie, do którego kolegę/koleżankę przydzielono? Zupełnie bez sensu; wyszedłbym na bezwartościowego bubka i jeszcze bardziej pogrążyłbym swój życiowy start. Głupio byłoby strzelać sobie samobója na początku meczu. Postanowiłem więc zaczekać na okazję, zdarzenie stwarzające szanse na zawarcie pierwszej znajomości. Do tego zaś czasu należało przyjąć najbezpieczniejszą z możliwych postawę konformistyczną. Zacząłem więc ryczeć, jak i wszyscy inni ludkowie.

Tak, należy to przyznać - płacz był dosyć prymitywną formą eskapizmu. Jednocześnie trzeba jednak pamiętać, że póki co brakowało rozsądnej alternatywy. Funkcjonując w świecie zero-jedynkowym nikt nie chciał być zerem, wszyscy więc „jedynkowaliśmy” poprzez płacz; manifestowaliśmy własną obecność oraz niezadowolenie z własnego statusu, jawiącego się jako coś pośredniego między niebytem a „prawdziwym” życiem, choć nikt z nas nie rozumiał wówczas cóż ta „prawdziwość” miała oznaczać i na czym polegać. Lepiej było w naszym odczuciu wziąć udział w zbiorowym buncie inicjacyjnym niż trwać w półśnie i odwlekać moment ostatecznego rozbudzenia.
Argumentami zachęcającym do płaczu były ponadto dość liczne pożytki natury ekonomiczno-materialnej. Wystarczyło zacząć ryczeć, przybierając jednocześnie nieco dramatyczny wyraz twarzy, by zwrócić na siebie uwagę obsługi naszego ośrodka, która natychmiast spieszyła z wszelkimi formami materialnych udogodnień poczynając od ciepłego mleczka (co jednak nie przez wszystkich ludków było reflektowane) po kolorowe przedmioty o nieskomplikowanej konstrukcji i pociesznej aparycji zwane przez obsługę zabawkami. Mnie te powody w zupełności wystarczały, by zaniechać płaczu na jakiś czas, choć, jak wnikliwy czytelnik zapewne zauważył, były to bardzo płytkie i bardzo doraźne formy przyjemności. Usprawiedliwiałem się tym, że jestem dosyć nowym ludkiem i wobec takiej okoliczności mogę sobie darować głębokie zaangażowanie w proces poznawania zmysłowego, zwłaszcza, że obsługa ośrodka nie wykazywała intelektualnych zdolności do zaoferowania bardziej metafizycznego substytutu tych tak zwanych zabawek.

środa, 13 listopada 2013

Zaproszenie do Klubu 27

Drogi Maćku!

Uprzejmie przypominamy, że pozostało Ci już tylko pół roku na podjęcie decyzji o dołączeniu do Klubu 27. Po upływie tego czasu szansa na znalezienie się w naszym elitarnym gronie minie bezpowrotnie!

Klub 27 jest jedynym w swoim rodzaju klubem zrzeszającym kilkudziesięciu muzyków różnych kategorii oraz ogromne rzesze ich fanów. Trzon Klubu od przeszło stu lat stanowią utalentowani artyści, począwszy od XIX-wiecznego pianisty, kompozytora i dyrygenta, Alexandre'a Levy'ego, a na współczesnych gwiazdach rocka, popu i R&B skończywszy. O prawdziwej sile naszej organizacji stanowią jednak od lat najzagorzalsi fani, zupełnie tacy, jak Ty!

Członkostwo w Klubie 27 to przede wszystkim bezprecedensowy w historii muzyki prestiż, wynikający z możliwości wiekuistego obcowania z takimi postaciami, jak Robert Johnson, Jim Morrison czy Amy Winehouse! To również szansa współtworzenia grona najgorliwszych fanów muzyki we wszechświecie! Co więcej, tylko klubowicze mają możliwość poznania pełnych i absolutnie prawdziwych okoliczności śmierci swoich idoli oraz prześledzenia ostatnich chwil ich życia. A wszystko to z komentarzem samych zainteresowanych!

Członkostwo w Klubie jest zupełnie bezpłatne, nie wymagamy wpisowego ani regularnych składek. Wystarczy spełnić zaledwie dwa warunki:
- wypełnić, podpisać i odesłać Deklarację o Członkostwie (w załączniku),
- umrzeć nie wcześniej niż w dniu 27. urodzin, nie później jednak niż na dzień przed 28. urodzinami.
Tylko tyle potrzeba, aby zostać członkiem Klubu 27!

Co więcej, istnieje również możliwość dołączenia do niezwykle elitarnej komórki - Klubu 27 Premium - pod honorowym patronatem przewodniczącego Kurta Cobaina. Wystarczy, że śmierć, zgodna z przedstawionymi powyżej warunkami, nastąpi w wyniku aktu samobójstwa.

Przyznasz zatem, Maćku, że trudno oprzeć się wyjątkowej ofercie naszego Klubu. Nie zwlekaj zatem, wszak zostało Ci już tylko pół roku!

Z poważaniem,
Zarząd Klubu 27 
(podpisano: Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin)

czwartek, 31 października 2013

Jerzy w tramwaju

Słuchawki nie powinny psuć się w komunikacji miejskiej. Mogę zrozumieć, że to nie jest trwały sprzęt, że szybko się zużywa i wymaga wymiany. Ale, na Boga, na któregokolwiek z Bogów, niech one nie psują się nagle, gdy tkwię w zatłoczonym tramwaju! Niech ostrzegają z jakimś wyprzedzeniem, niech pojawia się na nich termin ważności na tydzień przed jego upływem, no chociaż niech psują się w domach, gdzie można na spokojnie pogodzić się z tym faktem i mentalnie przygotować na komunikacyjny survival do czasu zakupu nowych!
Mogę sobie pomarzyć.
I tak słuchawki padły mi nagle w "siedemnastce" w okolicach Ronda ONZ. Obie naraz. Zazwyczaj najpierw umiera jedna. Druga jeszcze wówczas gra, ale asymetria dźwięku pożądanego w połączeniu z niedającym się już wyizolować szumem rzeczywistości wokół sprawiają, że słuchanie muzyki w takich warunkach momentalnie staje się dla mnie utrapieniem. Przez jakiś czas zmagam się z dwuwładzą brzmień, w końcu jednak rozsądek nakazuje się poddać. Okres wsłuchiwania się w jedno ucho daje mimo wszystko czas na mentalne przejście, pogodzenie się z awarią. Przez chwilę płyną równocześnie ciepła i zimna woda dźwięków. Kiedy jednak obie słuchawki wysiadają na raz wrzątek rozlewa się momentalnie po całym ciele. To właśnie przytrafiło się mnie.
Gwałtowna, przymusowa resocjalizacja z komunikacyjnym tłumem.
Facet, donośny baryton, w zmaganiach z mikrofonem smartfona: - mijasz ten placyk, tam są takie ławeczki brązowe, i po lewej jest ten bar, no... - łatwo poznasz jak przyjdziesz po dziesiątej, bo tam wiesz, kupa ludzi wokół jara szlugi, nieźle już nastukani, jak to w piątek, hehe... - nie, nie pamiętam, jak się ta ulica nazywa, ale trafisz, trafisz na pewno...
Druga rozmowa telefoniczna - oddajmy głos lasce o grubych udach w różowym dresie: - ale misiu, no weź to... no zrób to wreście... tyle czasu, no... - z miesiąc chyba... no ja wiem, no... ale jakoś może... no... no... - misiu, ale z Hubim możecie przecież... no ja wiem... tylko jutro to wiesz co, no wiesz... właśnie... - no wiem... no...
Baryton: - pewno znowu nie przyjdzie, się wymiga pewno, on to wiesz, do wódki to nie bardzo...
Dyskusja dwóch staruszek spod okna również, niczym antyczne fatum, dociera do mojej świadomości; słyszę, że: - papryka po sześć osiemdziesiąt, i to ładna! a nie po osiem i byle co, jak pod tym, no... - ale jabłka jakie drogie w tym roku! i w ogóle owoce... - no tak, to przez te susze, co były, i przez te ulewy jeszcze... - ale żeby aż tak? wściekli się? żeby za jabłka tyle to już naprawdę... - drożyzna wszystko, coraz drożej, ja to nie wiem jak to będzie, jak tak dalej będzie, to nic nie będzie
Matka, nieładna kobieta o zmęczonym spojrzeniu, oraz jej kilkuletnia, pulchna jak muffin córeczka: - w sobotę pójdziemy, kochanie, byłaś wczoraj to dziś może nie... - mamo, nooo! - w sobotę, córciu, czipsy ci kupiłam, dużą paczkę... - no ale mamo! - nie możemy codziennie do tego makdonalda, to może pizzę zamówię? - no dobra, ale w sobotę pójdziemy?
Staruszki: albo jajka, kochana, jajka! takie małe a on, że sześćdziesiąt groszy! złodziej... - oni wszyscy, kochana, złodzieje! i cały ten rząd i ten sejm i ten...
Nieładna Matka: - a jaką chcesz? margeritę? - może być, żeby tylko miała dużo, duuużo składników!
Baryton: - a wtedy Jacek to już wiesz, ledwo stał, narąbany w trzy dupy... - nie, w wannie to on u Gośki spał, u Gośki...
Laska w dresie: - a ze Stanem jakbyście się ten? - jeszcze nie? no to ja nie wiem... - a, misiuuu... - o kurna, telefon mi się rozten tego...
Muffin Córeczka: - a mamooo, mamoooo!
Baryton: - bo Krzysiek to nie umie pić, on zawsze tak...
Laska w dresie:- no to dajesz, misiu, tylko szybko... bo mi się ten telefon... no...
Staruszki: - za komuny tego nie było! - a dziś? a dziś?
Baryton: - no łiskacze jakieś albo dżin, nie wiem w sumie, jak zwykle pewno... - wiesz, bo mi fon chyba pada...
Nieładna Matka: - z Heloł Kiti?
Staruszki: - zamach jak nic!
Laska w dresie: - no ja nie wiem...
Baryton: - jak u Anki na grillu...
Laska w dresie: - no ja wiem...
Muffin Córeczka: - albo różowy, różowy!
Staruszki: - agenty radzieckie!
Muffin Córeczka: mamooooo!
Baryton: - no też się najebał, na żądanie potem wziął
Staruszki: - i prezydent złodziej, u Dyni na melanżu, ja nie wiem
Muffin Córeczka: - wszystko drożeje, chleb jaki drogi!
Nieładna Matka: - no ja wiem...
Laska w dresie: - i krzyż będą opluwać... - albo tanim winem... - albo z Drakularą!
emerytury nie podniosą, no ostra najebka, misiu, ja kończę, jutro ci kupię, Krzysiu tyle już nie może, cały kraj rozprzedadzą, a pójdziemy, mamooooo? nooooo! ja pierdolę! i młodzi bez pracy! i weź tam misiu, ten, złodzieje i złodzieje, no ja wiem, przy dziesiątym browarze dopiero, mamooooooooooo! zamach jak nic, ale żeby z Heloł Kity! bo już mi się telefon ten no, ty, bo mi pada bateria, albo cukier jak skoczył, u Antka akurat jakoś słabo, dobrze, z burger kinga ci wezmę, nie krzycz, no paaaaa! misiu, buziaczki! chodź, wysiadamy, kończę stary, jutro u Tomka, nara, zdrowia, zdrowia, kochana, mamooooooooooo...

piątek, 25 października 2013

Wolność słowa czyli o prawie do gadania głupot

Wolność słowa wydaje się pojęciem dość jasnym, nie wymagającym definicji. Jej granice określa zazwyczaj złota zasada: nie krzywdzić drugiego człowieka. Dopóki nie krzywdzimy możemy z grubsza mówić i pisać do woli.

W internecie wiele wypowiedzi występuje w zwulgaryzowanej, depczącej wszelkie reguły formie. Hejtowanie to już nie wolność słowa, to raczej wynikające z anonimowości i potrzeby dowartościowania własnego ego rozbójnictwo. Ten wątek pominę. Jednak również tam, gdzie wypowiedzi mieszczą się w powszechnie akceptowanych normach, wolność słowa przejawia pewne swe niedostatki.

Przede wszystkim wolność słowa to wolność gadania głupot. To niezbywalne, logicznie wynikające z podstaw demokratycznego ładu prawo do plecenia bzdur, rozsiewania kretynizmów, pieprzenia farmazonów. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że kłamstwo, o ile nie narusza praw innego człowieka i nie czyni mu krzywdy, również mieści się gdzieś na peryferiach wolności słowa. Powiem, że jestem królem Surinamu, napiszę to na fejsbuku, rozlepię plakaty na mieście i dam ogłoszenie do gazet. Wszystko w ramach wolności słowa, o ile jakiś Surinamczyk nie uzna, że moja proklamacja godzi w jego dumę narodową.

Jeśli zatem w ramach wolności słowa mogę prawić głupoty a nawet mijać się prawdą, czyniąc to ponadto publicznie, nie dziwmy się że zjawiska te występuje tak powszechnie. Stąd już bardzo blisko do manipulacji, narzędzia, które dla polityków ma wartość nie mniejszą niż piła dla stolarza. Tu występuje ciekawa zależność. W ustrojach autorytarnych mówimy: władza manipuluje społeczeństwem, w demokracjach powiemy: to jest tylko gra polityczna. Maczetę też można nazwać "przyrządem ogrodniczym".

Najsmutniejsze w tym wszystkim sprowadza się do wyświechtanego banału: demokracja to kiepski ustrój, ale lepszego nie wymyślono. Wolność słowa to ułomne rozwiązanie, ale substytutu dla niej chyba jednak próżno szukać. Skłonny zatem jestem częściowo pogodzić się z tym, że będę słuchał bzdur, czytał farmazony, że będą mnie okłamywać i mną manipulować. W zamian domagam się jednak prawa do jawnej krytyki wszystkiego, co za bzdurę, manipulację i kłamstwo uznam. Byle nie krzywdzić drugiego człowieka.

Autokomentarz. Oczywiście mam świadomość niedoskonałości określenia "krzywda drugiego człowieka", można się wszak poczuć pokrzywdzonym, bo ktoś mi powie, że moje ulubione cukierki są niesmaczne. Odwołam się tu do zdrowego rozsądku, dokładając tym samym kolejną cegiełkę do tekstu o niedoskonałościach. Owszem - krytyka, której się domagam, powinna iść w parze z racjonalnymi argumentami - tak nakazuje obyczaj. Wolność słowa pozwala jednak zrezygnować z racjonalnych argumentów. Ich użycie pozostaje zatem wyłącznie w gestii krytykującego. Niestety.