czwartek, 30 kwietnia 2015

Głowa w reklamówce

Rozemocjonowany tłum ludzi skupiony wokół pociągu kolejki wukade, który zatrzymał się na kilkanaście metrów przed peronem, zazwyczaj zwiastuje coś niemiłego. Dlaczego skład nie dojechał do stacji? Dlaczego ludzie wchodzą na tory? Skąd ta wrzawa, skąd te krzyki? Dlaczego ktoś zdziera gardło histerycznym: „Wołajcie pogotowie!”?
Wypadki chodzą po ludziach. Albo raczej; ludzie chodzą na wypadki. Wiadomo, nie chcą, ale to nie wypadek jest przyczyną człowieka (może być, ale to wciąż jednak rzadkość), a człowiek sprawcą wypadku. Czasem chodzi o szyny, czasem o asfalt, o kamienie, korzenie, czasem bo trzęsienie ziemi albo tornado. Najczęściej jednak demiurgiem wypadku jest człowiek. Zdzisiek, Krzysiek albo Staśka. Człowiek.
Ludzie z wukadki wyglądają na wstrząśniętych. Ktoś komentuje głośno rozedrganym głosem, ktoś krzyczy. Stało się! Człowiek pod kołami kolejki. Kolejny wypadek. Chyba śmiertelny, ale dopóki ten tłum miota się w chaosie, trudno to stwierdzić. Wiadomo, że na torach stoi wielotonowa, metalowa bryła. Wiadomo, że pomimo wytycznych zawartych w rozkładzie jazdy, bryła nie dojechała na czas na kolejny peron, zatrzymana przez maszynistę kilkanaście metrów wcześniej z rozpaczliwym piskiem. Wiadomo również, że gdzieś pod wielotonową, metalową bryłą znajduje się kilkadziesiąt kilogramów mieszaniny kości, tkanek, mięśni i tłuszczu; królestwo - zwierzęta, typ – strunowce, podtyp – kręgowce, gromada – ssaki, i dalej: żyworodne, łożyskowce, naczelne…
Straszny ten tłum, pięknie krzyczą, profesjonalnie lamentują, ale zupełnie nic z tego nie wynika. Wiadomo, że ktoś tam wpadł pod pociąg, ale co dalej? Pomagamy? Wyciągamy go? Ktoś chce działać, ale tam jest krew. Wrażliwy na krew, nie da rady. Ktoś inny by wyciągał, ale nie wiadomo, co na to współczesna medycyna. Pewien starszy pan mówi, że kiedyś się wyciągało, ale wnuczek mu ostatnio powiedział, że teraz wszystko jest inaczej. A jeśli wszystko, to może dziś już się nie wyciąga? W końcu ktoś dostrzega, że tam obok wielgachnego, żelaznego koła leży jakaś nieforemna, zapiaszczona kula. Jakby ktoś wiózł zestaw do gry w kręgle i zgubił kulę średniego kalibru. Ktoś odważny podchodzi bliżej,  chyba racjonalista, bo szybko stwierdza, że w kręgle gra się bardziej foremnymi kulami. Po chwili do zjawiska podchodzi kolejny, trochę się zna, był na medycynie, ale za dużo nauki, więc poszedł na marketing i zarządzanie. Do tego odwiedzał swego czasu Hula-Kulę, więc o bołlingu też ma jako takie pojęcie. Nie, to nie kula do gry w kręgle – stwierdza samozwańczy ekspert – to ludzka głowa. Z grubsza taka sama, jaką ma każdy ze zgromadzonych gapiów. Tylko stanowczo oddzielona od reszty ciała, co jej niespecjalnie służy.
„Krzysiek! Krzysiu! Krzyś, gdzie jesteś??” – ktoś z tłumu się wydziera. Ciszej, kobieto! Przecież tu tragedia, tu wypadek śmiertelny, a ty się drzesz za swoim Krzysiek jak opętana! „Krzysiuuu!” – nie odpuszcza kobieta po pięćdziesiątce, w skromnym stroju, z reklamówką z dyskontu w dłoni. Przeciska się przez tłum, potrąca Bogu ducha winnych ludzi, którzy przypatrują się z przepełnionym fascynacją frasunkiem głowie oddzielonej od ciała, pierwszej, jaką przyszło im kiedykolwiek oglądać. „Krzysieeeeeeek!” – drze się kobieta, nie zważając na innych.
Ktoś ją rozpoznał. „Pani jechała ze mną kolejką” – mówi jakiś facet, niby nieźle ubrany, ale oczy przepite, jak u żula z dwudziestoletnim stażem, albo gościa, którego przerosła transformacja. „Pani była w drugim wagonie. Co to za Krzysiek, co go pani szuka?”
Wtedy kobieta dostrzega tę nieforemną kulę leżącą obok koła wukadki. Zastanawia ją spokój, swoista beztroska, z jaką kula odnosi się do niezwykłych okoliczności dzisiejszego popołudnia. Ludzie biegają, krzyczą, podnoszą lament; maszynista wyrywa sobie ostatnie włosy z wyłysiałej głowy, gdzieś w oddali słychać pierwsze syreny, pełen jazgot, wielkie poruszenie, a ta kapryśna kula po prostu sobie leży, pełna obojętności, która w takich chwilach nie przystoi nawet takim nieforemnym kulom. W kobiecie wzbiera gniew, ta kula nie może sobie tak po prostu tam leżeć. Zresztą, to nawet nie jest kula, to jest jakieś… Jakaś… bryła. Bardziej podłużna, jak jajko. Ale zupełnie niegładka, są wgłębienia i wypustki. Tu dwie dziury, tam wystający grzbiet niby górska grań albo dach gotyckiego kościoła. A wszystko w krwisto-brązowym pyle. Co to jest? O co tu chodzi?
Kobieta zbliża się do zjawiskowej kuli, nachyla się…
„Krzysiu, czemu jesteś kulą?” – pyta kobieta. „Krzysiu, czemu tu leżysz? Miałeś czekać na peronie na wukadkę, miałeś się dosiąść i mnie znaleźć.” „Krzysiu, czemu tu leżysz? Ludzie czekają, chcą jechać dalej. Wstawaj! Krzysiek, przecież nie możesz tu tak leżeć! Jedziemy do ciotki, zapomniałeś?” „Krzysiek, co to w ogóle znaczy? Gdzie jest reszta ciebie? Krzysiek, o co chodzi? Krzysiek! Odpowiadaj jak matka pyta!”.
Kilka osób spostrzegło, że sytuacja przedstawia się nieszczególnie. Złapali kobietę pod ramiona; próbują odciągnąć ją od torów, od nieforemnej kuli opartej leniwie o koła kolejki, od pozbawionej reszty ciała głowy Krzyśka. Nagle jednak kobieta wyrywa się; okazuje się, że dysponuje nadludzką siłą, jak Pudzian. Każda matka potrafi być Pudzianem, kiedy chodzi o dziecko.
Kobieta zdecydowanym ruchem podnosi głowę z torów. „Szybko! Szybko!” – krzyczy, ale nikt nie wie o co jej chodzi, ani co mają robić szybko. Krzysiek, sprowadzony aktualnie do objętości własnej głowy, jako że reszta ciała spoczywa gdzieś pod kolejką i nie bierze udziału w bieżących wydarzeniach, również niezupełnie pojmuje o co chodzi matce. Wiadomo - matki tak czasem mają, że nie wiadomo dokładnie o co im chodzi. Poza tym, że na pewno chcą jak najlepiej. Kobieta wpycha głowę do reklamówki. Miała w niej tylko pudełko czekoladek, pewnie na prezent dla tej ciotki, co to mieli do niej jechać z Krzychem. A że dyskonty robią teraz pojemne reklamówki, głowa jeszcze jakoś się mieści.
„Szybko panowie, szybko!” – kobieta przytomnie dostrzega ratowników wysiadających właśnie z erki. Wciąż nie wiadomo jednak, co ma być szybko. Ratownicy patrzą zdezorientowani, jak kleista jucha oblepia od wewnątrz reklamówkę z dyskontu. Pudełko czekoladek też jest już mocno upaćkane. Tylko o co chodzi tej nieszczęsnej kobiecie? Co ma być szybko? Szybko do prosektorium na sekcję zwłok? Szybko w formalinę? W końcu jeden z ratowników zdobył się na odwagę: „Proszę pani, co pani tak z tą… reklamówką?”
„Weźcie ją szybko! Weźcie szybko resztę! Przyszyjcie! Przecież tu trzeba szybko!”
I znowu konsternacja. Co ona chce, głowę do reszty ciała przyszywać? Żeby ładniej w trumnie wyglądało? Szwy się przypudruje, albo założy koszulę z wysokim kołnierzykiem – przy dobrym wykonaniu można otwierać w kościele przed rodziną i nikt się nie skapnie, że Krzysiek jest trochę jak dwuelementowe puzzle 3D. Wszystko do zrobienia, tylko czemu ma być na szybko?
Wtedy kobieta precyzuje o co jej chodzi. „Przecież jak się szybko przyszyje, to wszystko jest dobrze. Zrasta się, goi. Tylko trzeba szybko, bo obumiera! Czytałam w gazecie. Taki facet opowiadał, że mu rękę powyżej łokcia ucięło, ale mu przyszyli. Nie jest sprawna na sto procent, ale nią ruszą. Najwyżej Krzysiek będzie musiał uważać, żeby za bardzo tą głową nie kręcić. Same palce też przyszywają, jedna dziewczyna miała taki wypadek, że jej wskazujący, środkowy i serdeczny lewej ręki urwało. Przyszyli. Dziewczyna nawet na gitarze potrafi grać! Medycyna bardzo poszła do przodu! Baśka to mi nawet ostatnio mówiła, że jakiemuś tam w Ameryce krajzega przyrodzenie ciachnęła. Przyszyli mu i jeszcze dzieciaków narobił!”
Jeden z ratowników mimowolnie przejmuje reklamówkę z rąk matki. Mógł zrobić jak kumple z osiedla – pieprzyć studia, zrobić uprawnienia na koparkę albo wózek widłowy, mieć zwyczajną robotę, ósma-szesnasta i fajrant. Żadnych poharatanych ciał, spóźnionych pieszych, plam z krwi i jelit na asfalcie, żadnych zmiażdżonych członków, obciętych rąk, nóg, głów, żadnych kochanek, żon, matek.
Spogląda na zawartość reklamówki. Twarz Krzyśka wyraża zrozumienie.
„To nie twoja wina, stary” – Krzysiek próbuje się tłumaczyć przed ratownikiem. „To ja… Spieprzyłem. Trzeba było wyjść wcześniej, trzeba było przewidzieć, że autobus może się spóźnić… A zresztą… Mogłem odpuścić. Za kwadrans byłaby kolejna wukadka. Zadzwoniłbym do matki, powiedział, że dojadę następną. Spieprzyłem…”. Ratownik odnosi reklamówkę do erki. „Już bierzemy i zaraz zszywamy” – rzuca bez przekonania.
Matka wpatruje się w ratownika zniecierpliwionym wzrokiem. „To jeszcze resztę weźcie! Bo jak inaczej przyszyjecie? Tam leży” – wskazuje na skład kolejki.
„Już bierzemy”.

„Dobrze. Ja jadę, bo się spóźnię. Pan powie Krzyśkowi, że czekam u ciotki”.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Radek

Radek znowu jest na zmianie.
Radek ma swój strój służbowy, charakterystyczny, granatowo-czerwony uniform: spodnie, kurtkę i czapkę z daszkiem, nieco utytłane kurzem i smarem, ale jeszcze mogą być. Radek nie jest kamerdynerem, nie pracuje w telewizji ani w klinice dla chorych na AIDS – nie musi być idealnie schludny.
Radek do swych obowiązków podchodzi ze stoickim spokojem (w ludzkiej świadomości istnieją trzy rodzaje spokojów: zwykły – łatwo go rozpoznać, bo bez przymiotnika, święty – wciąż najbardziej pożądany, mimo, że mamy coraz więcej ateistów, oraz stoicki – uważany, za jakąś wyjątkową formę spokoju, bo nikt już dziś nie pamięta kim byli stoicy i czym się zajmowali). Wszystko, co składa się na jego zakres obowiązków należy wykonywać starannie i dokładnie. A Radek wie, że jeśli starannie i dokładnie, to bez zbędnego pośpiechu. Nie spieszy się więc, stawia na jakość.
Są chwile, gdy Radek nie wykonuje żadnego ze swych głównych obowiązków. Zajmuje się wówczas tak zwanymi zadaniami dodatkowymi, albo nie zajmuje się zgoła niczym. Skala moich obserwacja jest póki co zbyt skromna, bym mógł wskazać wyraźne różnice między zajęciami dodatkowymi a brakiem jakichkolwiek zajęć. Jestem jednak przekonany, że Radek doskonale je rozróżnia.
Praca Radka to także kontakt z klientem. Oznacza to, że zgodnie ze standardami naszych czasów Radek jest cały czas zorientowany na klienta, cały czas bada potrzeby klienta, doradza klientowi, proponuje różne rozwiązania rekomendując te, które są akurat zdaniem Radka najlepsze. I zgodnie ze standardami naszych czasów, klient obsłużony przez Radka jest zawsze zadowolony i zawsze powraca.
Praca Radka nie jest zapewne pracą marzeń. Ma jednak kilka zalet.
Przede wszystkim, jest – to dla Radka silny argument, aby utrzymać się na zajmowanym stanowisku.
Po drugie jest płatna; Radek może pokazać figę tysiącom przeintelektualizowanych stażystów, którzy niby gdzieś tam się dostali, a którym starzy wciąż opłacają akademiki i weekendowe libacje – on za swoją wódkę płaci sam! A samodzielne płacenie za wódkę jest podstawą godności każdego faceta.
Po trzecie, kiedy Radek wraca po pracy do domu, kiedy otwiera swoje Królewskie, już nie myśli o robocie. Nie wiszą nad nim niedopięte projekty, bezlitośnie nadciągające dedlajny, niedokończone raporty, przeładowane skedżule. Radek nie ma w perspektywie kolejnego dnia slalomów między rutynową papierologią i kolejnymi wrzutkami od szefa, adhokami, spotkaniami bez zapowiedzi, na które musi iść, bo bez niego nie ruszą z sabdżektem i nie znajdą soluszyn. Radek nie myśli o wyśrubowanych targetach, półrocznych albo kwartalnych asesmentach, o memach, które spływają mu na mejla szybciej niż jest w stanie otwierać załączniki, nie martwi się ekselami, w których znowu nie działają formuły, makrami, w których znowu coś się rozjeżdza, łordem, który znowu nie znalazł banalnej literówki. Radek nie planuje swojej kariery na trzydzieści lata do przodu, nie jest zafiksowany na self-dewelopmencie, nie upiększa życiorysu na potrzeby rekrutacji na embijeja.
Radek pracuje na Orlenie, pomaga tankować paliwo, myje szyby, jeśli ktoś sobie życzy.
Radek przychodzi do pracy i robi co do niego należy. Nic więcej.
Czasem tak bardzo mu zazdroszczę.

środa, 30 lipca 2014

Polska piłkarską potęgą

Mecz Legii z Celtikiem odsłonił brutalną prawdę, której niektórzy już się domyślali, ale nikt nie ośmielał się powiedzieć tego głośno: Polska jest absolutną potęgą w piłce nożnej!
Kilka minut po ostatnim gwizdku sędziego karty odkrył prezes Leśnodorski: "Tak, przestajemy się wygłupiać. W tym sezonie idziemy po puchar Ligi Mistrzów, inna opcja nas w ogóle nie interesuje. Zresztą, zapytajcie w Lechu - dla nich wygranie Ligi Europy to podstawowy cel na ten sezon. I tylko Ruch Chorzów może ich jeszcze zatrzymać."
Henning Berg dodał, że niektóre z klubów europejskiej czołówki przeczuwały co się święci: "Barcelona chciała kupić Radovicia. Dawali 50 milionów euro oraz Alexisa Sancheza i Neymara, ale ich wyśmialiśmy. Zresztą Neymar i tak jest za słaby technicznie na polską Ekstraklasę." Prasa katalońska donosi ponadto, że Sanchez bardzo chciał grać dla Legii, ale nie mógł liczyć na miejsce nawet na ławce rezerwowych. Dlatego z rozpaczy poszedł do Arsenalu.
Ogromny niepokój w całym piłkarskim światku wzbudza teraz kwestia eliminacji do Mistrzostw Europy. Rodzi się przede wszystkim pytanie o to, co Polacy będą wyczyniać z rywalami. Niemcy już ogłosili, że jako świeżo upieczony Mistrz Świata domagają się przeniesienia do grupy bez Polaków, coby mogli bez wstydu awansować z pierwszego miejsca w grupie. Inną strategię obrali Szkoci. Chcą jak najszybciej zerwać wszelkie więzi z Wielką Brytanią i poprosić Polskę o pokojową aneksję jako część województwa podkarpackiego. Jeszcze inną drogą poszli Irlandczycy - złożyli właśnie w FIFA wniosek o przeniesieni do strefy CONCACAF. Gruzini z góry założyli, że wobec braku szans na zdobycie punktów, dwa walkowery dadzą im najlepszy możliwy bilans bramkowy. Gibraltar zaś rozpoczął negocjacje z prezesem Bońkiem w kwestii możliwie najniższej porażki przed własną publicznością. Za wynik 0:5 proponują ostateczne wyjaśnienie okoliczności śmierci generała Sikorskiego.
Największe firmy bukmacherskie już ogłosiły, że na mecze Polaków będą przyjmować jedynie zakłady typu "w której sekundzie Polacy strzelą pierwszego gola" i "ile bramek w ostatnim kwadransie gry Lewandowski strzeli głową". Najbardziej natomiast niepocieszony z faktu nagłego wyjścia na jaw potęgi Polaków wydaje się Sepp Blatter. W końcu pojawiła się bowiem reprezentacja, której meczów prezes FIFA nie będzie mógł dowolnie ustawiać. 

czwartek, 17 lipca 2014

Zakopanoptikon 2014

Sto lat temu Andrzej Strug napisał „Zakopanoptikon”, prawdopodobnie jedną z ciekawszych powieści o Zakopanem. Jej akcja toczy się w stolicy Podhala (chwilami w Tatrach) w trakcie letniego sezonu. Te wakacje okazują się jednak dla wypoczywających w Zakopanem gości wyjątkowe. Cały czas bowiem niemiłosiernie leje; deszcze pada nieubłaganie przez siedem kolejnych tygodni.
Powieści Andrzeja Struga nie wspominam tu w celach jedynie promocyjnych, choć oczywiście serdecznie polecam jej lekturę. Chodzi mi raczej o przywołanie koncepcji, która, oddzielona od literackiej, zamierzonej przez autora przesady, zaczyna krystalizować się w świecie realnym. Na nieszczęście podczas mojego urlopu.
Po pierwsze: leje! Dziś deszcz jest wręcz nie do zniesienia, strumienie wody zalewają całą okolicę, zmywają ulice, ścieżki i resztki pogody ducha. Wcześniej opady nie były może ciągłe, jednak nieustannie wypiętrzające się chmury i pohukiwania burzy skutecznie dawały do zrozumienia, że wyjście w wyższe partie gór nie jest wskazane. W reglu natomiast błota co niemiara, na spacer najlepiej iść w kaloszach.
Po drugie: wielodniowe niewychodzenie w góry zaczyna odbijać się na nastroju. Aktualnie jestem zawieszony między apatią a otępieniem, upływ deszczowych godzin próbuję przyspieszać grą w kości zapijaną kawą bez cukru. Boję się jednak, że wkrótce nastąpi faza wariactwa i niczym taternicy z powieści Struga zacznę się wspinać po fasadzie ośrodka. Albo nie wiem, wykąpię się w kałuży, zbuduję zamek z patyków i błota albo wydoję komuś krowę.

Weekend niesie ze sobą pewną nadzieję, że jednak się przejaśni i uda się wyjść w góry, może nawet dwukrotnie. Pozostaje czekać i wierzyć, że uda się jeszcze w tym miesiącu spojrzeć na świat z perspektywy dwóch tysięcy metrów. Po weekendzie mają bowiem powrócić deszcze i murzasichlański zakopanoptikon zacznie się od nowa.

wtorek, 15 lipca 2014

Łukasz

Nie wiem, z czego to wynika, ale powoli staję się dość popularny wśród bezdomnych koczujących na zakopiańskim dworcu autobusowym. Po raz kolejny okazało się, że spośród kilkunastu pasażerów, to właśnie ja wydałem się pewnemu bezdomnemu najwartościowszym partnerem do rozmowy.
Bezdomny ów miał na imię Łukasz. Losy jego żywota okazały się dosyć poplątane.
Przede wszystkim Łukasz to człowiek, który zwiedził spory kawałek Polski. Przez jakiś czas pracował również w Warszawie – budował osiedla mieszkaniowe na Bemowie. Potrafił ponadto wymienić Bielany, Targówek, Żoliborz oraz Zielonkę i Wołomin. Czyli coś tam w sumie zwiedził.
Niestety, stabilną sytuację życiową zburzył Łukaszowi pewien incydent, w wyniku którego wylądował za kratkami. Szedł sobie pewnego razu z mamą po ulicy. Nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, podszedł do nich Murzyn i, zupełnie nie wiadomo czemu, opluł mamę Łukasza. Na taki despekt mój rozmówca zareagować mógł tylko w jeden sposób. Ostatecznie stanęło na tym, że za pobicie Murzyna Łukasz dostał osiem lat.
Mimo, że to wydarzenie zachwiało nieco jego życiorysem, Łukasz zapewniał mnie, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Z wykształcenia jest kucharzem (skończył technikum gastronomiczne) i planuje w niedługim czasie wrócić do profesji. Obiecał mi, że kiedy przyjadę następnym razem do Zakopanego, będę mógł spróbować specjałów, które dla mnie ugotuje. Podziękowałem i powiedziałem, że trzymam go za słowo.

Na koniec Łukasz zapytał, czy nie wsparłbym go finansowo, gdyż chciałby dokonać zakupu polskiego taniego wina. Oczywiście nie byłem w stanie odmówić. Podczas tej krótkiej konwersacji zawiązała się między nami swego rodzaju relacja; może nieco na wyrost, ale ośmielę się rzec, że się zdążyliśmy się zakumplować. Wręczyłem mu dwa złote. W końcu kiedy przyjadę tu ponownie, Łukasz upichci mi coś naprawdę ekstra!

czwartek, 10 lipca 2014

LOL

Zajebałem MF-kę! Tak, ta gra zaczęła się naprawdę dobrze. Świetnie wręcz, tym bardziej, że długo nie grałem. A rankeda to już nie pamiętam, kiedy ostatnio... A tu chyba szykuje się łatwe zwycięstwo.
O nie! Twisted Fate! Ma full hapca, uciekam. 
Troszkę zjebałem, powinienem bardziej focusować przeciwników a skupiłem się na wieży. No i spanikowałem, kiedy Twisted odpalił ulta.
Kurwa, źle rozegrałem! No nie, nasz turret! Oj, niedobrze...
W dupę jeża, ile ta Caitlyn ma killi? Jest już chyba nieźle nafeedowana. Musimy na nią uważać.
O w dupę, jaki on ma damage?! Sorki, ale ja go nie mam jak powstrzymać. Chyba trochę za szybko stwierdziłem, że na pewno to wygramy.
Uwaga! TF idzie na bota!
Ech, no wiem, ale MF-ka też ma duży damage. 
Ej, a co tam się dzieje na midzie? Ilu ich tam jest? Nie wiem, na kogo mogę sobie pozwolić. EJ, what the fuck, nie mogłem wcisnąć summonerki! W sensie heala! Kuźwa, znowu zginąłem. A miało być tak pięknie.
Pierdolę, nie gram!
Żartuję.
Nie, to po prostu nie ma sensu. Surrender?
Ale następną musimy wygrać, bo znowu wylądujemy w brązie!

środa, 2 lipca 2014

Arbuz

Jeden z tych paskudnych stanów - gdy po intensywnej, pełnej pozytywnych wrażeń dobie siadam przed kompem ze świadomością, że najlepsze co może mi się tego wieczora przytrafić to świeży arbuz, którego właśnie kupiłem w markecie. Ale czy w ogóle poczuję jego smak? Może będzie mi się wydawać, że wciąż wsuwam tę fantastyczną koftę wołową z grilla, tudzież soczystą karkówkę, popijając je dobrym, czerwonym winem?
Jasne, arbuzy są ok. Ale gdy znajdujesz się w znakomitym towarzystwie w eleganckim hotelu, gdzieś poza zgiełkiem miasta, jest to nieporównywalnie bardziej ok. Co może zrekompensować arbuz? Rozmowy na mnóstwo tematów z ludźmi, których tak rzadko ma się okazję spotykać? Wspólne żarty i salwy śmiechu? Wygibasy na parkiecie i skocznego wężyka w atmosferze etanolowego szczęścia i odprężenia? Niestety, arbuz jest w takiej sytuacji bezradny. Z arbuzem nie pogadasz ani nie potańczysz. Możesz z nim co prawda pić, ale z góry wiadomo, że arbuz będzie oszukiwał i tylko ty będziesz mieć kaca następnego dnia. A wszyscy znają tę oczywistą prawdę, że kolektywny kac może łączyć i integrować nie mniej niż samo picie.
Cóż, pozostaje mi nieco na siłę delektować się arbuzem w poczuciu, że na nową dawkę takich wrażeń muszę zaczekać. W końcu jednak nadejdzie kolejny wieczór z zabawą w znakomitym towarzystwie, śmiechem i skocznym wężykiem. No i bez arbuza.

P.S. Gwoli ścisłości faktograficznej - arbuza współkonsumuję z Piotrem F.