czwartek, 16 lipca 2015

[Knajpy w klimacie PRL-u], T. I

Knajpy w klimacie PRL-u wywołują we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony mam wrażenie, że wkraczam w późne średniowiecze, w którym telewizor był tylko u sąsiada a numer na telefonie dosłownie się wykręcało, z drugiej wiem, że sam się w tej - jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi – epoce, urodziłem. A nawet w jakimś sensie w niej pomieszkiwałem, gdy za dzieciaka spędzałem wakacje u babci. Bo u babci sporo PRL-u walało się po kątach.
Tu jest podobnie. Za barem stoją rzędem drewniane kredensy z odpadającą farbą w kolorze polnej myszy. Na nich szafki regałowe, w których półki uginają się od ciężaru pospolitych wódek czystych i najtańszych farbowanych. Za produkt premium robi tu Red Label. Jeszcze wyżej plakaty: panowie z Czerwonych Gitar w eleganckich marynarach, Danuta Rinn z piórami, kabaret Tey zaprasza na występy wąsami Bohdana Smolenia, a Czesław Niemen spogląda tajemniczo spod czarnego kapelusza. Ponad barem bezstylowe abażury próbują rozświetlić pomieszczenie, ale żarówkom najwyraźniej brakuje mocy.
Dziewczyna za barem ubrana współcześnie, jest miła, jest uśmiechnięta – chciałoby się rzec: nie pasuje do wystroju wnętrza. Z drugiej strony… Może to tylko nam, wychowankom transformacji, rozpieszczonym hamburgerami popijanymi coca-colą, wydaje się, że wtedy wszystko było szare i smutne? Piwo smakuje jako tako, kosztowało szóstkę, więc nie mam wygórowanych oczekiwań. Próbuję rozsiąść się wygodnie na stołku barowym, ale lite drewniane siedzisko raczej nie współpracuje z moimi pośladkami. Nieważne, jakoś wytrzymam.
Wchodzi koleś z pitbulem, bez smyczy, bez kagańca. W pierwszej chwili poczułem się nieswojo, ale ku mojemu zaskoczeniu pies łasi się do wszystkich, domaga atencji i pieszczot, wesoło merda ogonem. W końcu bestia podlazła i do mnie – głaskać, nie głaskać? Wygląda na ogromnie towarzyskiego, ale wystarczy że na chwilę coś mu strzeli do łba i palce będę zbierał z podłogi. Dobra, pogłaszczę! O, jak się psina cieszy. Nikt mu jeszcze nie powiedział, że jest maszyną do zagryzania. Laska obok zdaje się absolutnie zafascynowana zwierzakiem. Tarmosi go za głowę, za uszy, za pysk – z daleka wyglądałoby to pewnie na próbę samobójczą. Nachyla się mocniej, zbyt mocno… Ponad linią przetartych dżinsów pojawia się wąska, czarna tasiemka. Okoliczne samce (te ludzkie) szybko podłapują temat. Są stringi – jest potencjał. Mimowolnie przyglądam się dokładniej. Ciekawy model, myślę, oryginalne te zapięcia (rozpięcia?) z tyłu. Praktyczne.
Pies poszedł za bar, a tymczasem do knajpy wchodzi babulinka z pękiem róż, których świeżość najwyraźniej zgubiła się po drodze. Najpierw obskakuje pary, nawet udało się coś opylić. Teraz podchodzi do mnie, nie wiem po jaką cholerę, ale podchodzi.
- Może różyczkę kawaler kupi? – pyta, niczym Tomasz Dedek Michała Milowicza w „Poranku kojota”.
- Dzięki, nie potrzebuje – nie brzmię uprzejmie, trudno.
- A może by się przydała? – drąży temat babsko. – Jak kawaler weźmie, to może coś poderwie.
- Obejdzie się! I bez tego jestem dobry w podrywaniu. – zamknąłem rozmowę. Nie dodałem tylko, że chodziło mi o podrywanie dupy z krzesła.

Nieważne, w barze zjawia się kolejna osobliwość. Wysoki, chudy koleś, z twarzy zupełny wypłosz, ale krok ma dość pewny. Na głowie sprana czapka z daszkiem, kiedyś chyba granatowa. Podchodzi do baru, staje tuż obok mnie i ściąga wzrokiem barmana, który przed chwilą wylazł zza zaplecza. Prosi trzy lufy czystej i oranżadę. Spoglądam w stronę drzwi, czy jego kumple już wchodzą, ale nikogo nie ma. Wypłosz się nie patyczkuje. Między pierwszym a ostatnim kieliszkiem mija jakieś dziesięć sekund, drugie tyle poświęca na popitę. Poprawia czapkę, dziękuje, wychodzi. Barman bez wzruszenia sprząta szkło.

wtorek, 7 lipca 2015

W końcu tyle się działo

Budzik. Piąta rano. Stuka palcem w miejsce wyłączenia alarmu. Nie jest łatwo tak po prostu podnieść się z łóżka o piątek, ale jakoś się udaje. Odbywa szybką toaletę i schodzi do jadalni na śniadanie, gdzie nikogo o tej porze nie ma. Gotowy do wyjścia, ale sprawdza jeszcze plecak, czy na pewno wszystko spakowane. Na dworze póki co chłodno, ale słońce pnie się coraz wyżej; pewnie wkrótce zacznie grzać.
Z trudem rozsuwa zaropiałe powieki, by spojrzeć na leżący przy łóżku zegarek. Za piętnaście dwunasta, mógłby jeszcze chwilę pospać. Sen jednak nie powraca, wstaje więc leniwie i wciąga na nogi spodnie. Idzie do toalety, trzeba się w końcu ogarnąć, nie? Nawet na urlopie. Wreszcie jest, powiedzmy że gotowy. Schodzi do restauracji, ale po dwunastej śniadań już nie serwują. Trzeba coś upolować na mieście, Wychodzi z hotelu, twarz zalewa mu fala gorąca.
Zaczyna się najcięższy fragment podejścia. Powoli stąpa po wysokich, granitowych stopniach, jeden za drugim. Czasem szlak jest podniszczony, drobne kamienie osuwają się spod butów, trzeba uważać, żeby po nich nie zjechać. Podejście staje się coraz bardziej strome, już widać pierwsze łańcuchy i klamry. Nie tylko nogi będą dziś potrzebne, teraz także ręce czeka spory wysiłek. Zaczyna się wspinaczka, pot spływa ciurkiem z czoła, zimna stal łańcucha napręża się dźwięcznie, chropowata skała wżyna się w dłonie.
Najbliższa sensowna knajpa znajdowała się dość daleko, ale to w sumie dobrze. Większość drogi pokonał w cieniu parkowych drzew, a wiadomo jak taki poranny spacer poprawia zdrowie. Szkoda, że z powrotem musi się męczyć pod górę. Ciężko, naprawdę ciężko… Zachciało się pojechać dla odmiany w góry, to masz góry – pomyślał. W końcu widać hotel, jeszcze tylko tych kilkanaście stopni do wejścia. Stając w holu ciężko dyszy. No, to się przeszedłem! – pomrukuje zadowolony. Wchodzi do pokoju – chyba się jeszcze na chwilkę położę.
I nagle szczyt. Przestrzeń otwarła się niespodziewanie na wszystkie strony. Ledwo łapie oddech, trudno stwierdzić, czy to zadyszka czy zachwyt. Wokół złowieszczo zerodowane granie, poniżej wylizane przez lodowce doliny, w oddali zaś cała reszta. Miasteczko, jeszcze wczoraj gwarne i rozbiegane, teraz wydaje się raptem skupiskiem rozmazanych na horyzoncie pikseli. Stamtąd przyszedłem? – powątpiewa. To kawałek tego samego świata?
I znowu bąbelki. Cały urlop mógłby mu upłynąć w mruczącym, buzującym jacuzzi. Dziś czuje się nawet lepiej niż ostatnio nad morzem: słońce to samo, woda ciepła i czysta, nie zasikana przez dzieciaki jak w Bałtyku, no i widoki ciekawsze. Dobrze, że pobudowali te termy – myśli, jest przynajmniej jakaś atrakcja turystyczna. No i góry fajnie stąd wyglądają. Tylko po co się tam pchać, tak wysoko? – myśli. Nie rozumiem, a przecież ludzie chodzą.
Ostatnia prosta i wreszcie spomiędzy drzew wyłania się murowany domek. Może zrzucić plecak ze zmęczonych barków, pani za barem już czeka. Potrzebuje ledwie chwili, by zdecydować – dziś najlepsza będzie kwaśnica na żeberku, gęsta od kapusty, że łyżkę można na sztorc postawić. Do tego zimne piwo; najlepsze na świecie, bo wypite w schronisku po górskiej wycieczce.
Czuje, jak tłuszcz z golonki powoli ścieka mu po brodzie. Dobrze górale przypiekają, oj dobrze! A do tego w tej knajpie podają całkiem słuszne porcje. Wczoraj trafił gorzej, wczoraj się nie najadł. A tu – choćby promocja na piwo zachęca do ponownych odwiedzin. Może nie jutro, jutro pójdzie na pizzę, ale raczej tu wróci. Kelner! Jeszcze jeden kufelek poproszę!
Zwija poduszkę w nieforemną bryłę, lubi gdy głowa leży nieco wyżej. Oczy same się zamykają. To normalne po tak intensywnym dniu.

W końcu tyle się działo. 

wtorek, 30 czerwca 2015

Kocie sprawy

Nie ma to jak kotka. A najlepiej dwie, przecież jedna będzie się nudzić… Mrukliwe, futrzaste baby z wąsami, prawie jak Conchita, ale mają jednak w sobie dość godności, by nie śpiewać na Eurowizji. Z rana (a rano dla kotek to piąta, wpół do szóstej najpóźniej) wpakują ci się do łóżka i wyjadą z dyńki – ot, taki koci znak pokoju i miłości. Ale spróbuj tylko odwdzięczyć się w ciągu dnia, kiedy akurat byczą się na posłaniu drapaka. Ofukną cię stanowczo, bo niby jakim prawem przerywasz ich drzemkę, zaledwie trzecią tego dnia?! Koty przesypiają ponoć sześćdziesiąt procent doby. Tym bardziej zaskakuje skala chaosu, który w pozostałym czasie aktywności potrafią rozpętać na całej dostępnej dla nich przestrzeni.
Prosty przykład. Na blacie w kuchni, zawinięta w plastikową torebkę śniadaniową, leżała kajzerka. Stara, czerstwa, zapomniana, czekała aż łaskawa ręka skruszy ją i podkarmi przypadkową gromadę gołębi koczujących pod blokiem. Nie doczekała się. Wracam do domu, pozornie wszystko wygląda normalnie. Kotki wylegują się leniwie w przypadkowych miejscach, jedna rozłożona jak płaszczka na podłodze pod drzwiami balkonu, druga zwisająca niedbale tylnymi łapkami z krzesła obrotowego. Norma. Wchodzę więc do mojego pokoju i… otwieram szeroko oczy.
Kapa na łóżku podwinięta, na niej i wokół mnóstwo okruchów, na środku zaś leży poobgryzana ze wszystkich stron obeschnięta kajzerka. A w mojej głowie pomieszanie złości, niedowierzania, podziwu i strachu. Złość, bo cały ten syf trzeba będzie sprzątnąć. Niedowierzanie, bo koty jakimś cudem zorganizowały logistykę pozwalającą na przeniesienie całej zasuszonej kajzerki z blatu kuchennego na moje łóżko. Podziw z tego samego mniej więcej powodu – rozumiem, że zrzuciły bułę na podłogę, ale jak do cholery władowały ją na moje łóżko?! Strachu, bo jeśli wpadły na tak abstrakcyjny z mojego punktu widzenia koncept, to lepiej nie myśleć, na jak zwichrowane pomysły mogą jeszcze wpaść.
Co było robić – przecież nie zagonię kotów do sprzątania. Wyciągnąłem odkurzacz – odrobina słodkiej zemsty, bo one nie znoszą tego ryku – i sprzątnąłem rozkruszone pieczywo z łóżka.

Podobnych wydarzeń było już kilka. Ale tak jak łatwo sprzątnąć kajzerkę, tak i łatwo zebrać rozlaną wodę z szuflady, albo kupić nowe słuchawki. Kiedy jednak na spokojnie analizuję kocie zestawienie zysków i strat, nasuwa się jeden zasadniczy wniosek. Warto było adoptować!

sobota, 27 czerwca 2015

Esmeralda

Czego poszukujesz, Esmeraldo?
Wyłowić cię z tłumu nigdy nie stanowi problemu. Wystarczy, że zamkniesz swą marmurową figurę, tę porcelanową talię wyprofilowaną zgodnie z najwyższymi standardami Unii Europejskiej, w jakąś zgrabną, nie za długą sukienkę. Oto jesteś, żywiołowo migający punkt na dziesiątkach samczych radarów. Oni już sposobią się do ofensywy, ale to przecież ty decydujesz, kto podpłynie blisko, a kto w swej naiwności nadzieje się na minę.
Wybierasz, jak się wybiera jogurt w hipermarkecie. Jaka marka, jaki wariant, jaki smak, jaka pojemność, czy ze zbożem, z owocami, czy może jednak fit. Cała lodówka szczerzy się przed tobą zadziwiającą gamą nienaturalnych uśmiechów, pręży muskuły (jeśli są) i rzuca zaczepne spojrzenia. Ciebie nie interesują promocje, nie spoglądasz na marki własne w dyskontowych cenach. Liczy się tylko towar premium. Najlepiej bezglutenowy, bezcukrowy, taki, przy produkcji którego nie pracują dzieci poniżej piętnastego roku życia, ani nie wycina się lasów tropikalnych, przebadany i zatwierdzony przez Polskie Towarzystwo Dietetyki Sportowej. Bo to ty wybierasz.
Wtedy podchodzisz i spoglądasz mu w oczy. Potrzebny ci zaledwie jeden błysk spod gęstych, grubo tuszowanych Armani Black Ecstasy rzęs. On już wie, że został wybrany. To jego kolektura okazała się szczęśliwa, to jego wybrało czterdzieści pięć kulek po tym, jak nastąpiło zwolnienie blokady. Wystarczy dosłownie jeden błysk spod zacieniowanej Chanel Les 4 Ombres powieki, a on już wskakuje do wózka, już jedzie w stronę kas.
Zaczynacie nieśmiało, jak dziecko próbujące nieporadnie rozbujać huśtawkę. On wie, że wygrał, ale niezupełnie jeszcze ma pomysł, co zrobić z tak nagle nabytą fortuną. Nie naciskasz. Niech przejmie inicjatywę, a właściwie niech mu się wydaje, że przejął. Niech nabierze pewności, niech się w niej zatraci. Każdego zwycięzcę pochłonie w końcu pewność siebie. Huśtawka wychyla się coraz bardziej, amplituda drgań rośnie. Wasze ciała splatają się z coraz większą zawziętością. Chodzi o to, aby powierzchnia styku była jak największa. Dłonie skanują barki, ramiona, łopatki, biodra, krzyż i niżej – złośliwość Boga, że człowiek ma je tylko dwie. Zespalacie się w uścisku, łapczywie sklejacie naskórkiem, dyfundujecie w sobie nawzajem.
Usta w końcu musiały się spotkać. Udało się. Potrzebowaliście rozciągniętych w nieskończoność minut poszukiwań, momentów gorzkiego zwątpienia i frustracji, dziesiątek nietrafionych mlaśnięć i cmoknięć. Wreszcie los okazał się łaskawy. Przynajmniej dla niego; przecież ty, Esmeraldo, dokładnie wiedziałaś kiedy i jak to nastąpi. To ty zarządzasz losem, kreujesz los, ustawiasz jego harmonogram i decydujesz, kiedy nastąpi przejście do kolejnego etapu. W końcu pozwalasz jego spierzchniętym i zmęczonym przez tęskne poszukiwania ustom odnaleźć ciebie. Ileż radości pulsuje nagle w tych mięsistych, nieco słonawych, pokrytych lekko złuszczającą się skórą workach, gdy niby przypadkowo przytrafi im się nagle delikatne muśnięcie o smaku pomadki Chanel Rouge Coco. Oto koniec tułaczki. Oto Ziemia Obiecana, nieważne Kanaan czy Łódź.
Później wszystko dzieje się już bardzo szybko. Incydentalne spotkania dwóch obcych sobie warg z dyskretnych skubnięć bardzo szybko przechodzą w łapczywy taniec hedonizmu. On wariuje, ty udajesz, że za jego wariactwem nadążasz. Czas jakiś trwacie w epileptycznym zwarciu; dłonie wygniatają koszulę i sukienkę. Języki odbijają się od siebie, zębów i podniebienia, knagujecie je zawzięcie, mocno. Ten węzeł nie może puścić!
W końcu następuje konkretna decyzja. Szybko wychodzicie z klubu. Taksówka oczywiście czeka, o tej porze nigdy ich nie brakuje. Kierunek jest prosty – do niego. Jedziecie sczepieni jak dwa płaskie klocki Lego, ale taksówkarz ma to gdzieś. Dla niego to kurs jak co sobotę. Czujesz, jak twój produkt emanuje szczęściem i sukcesem, tak jakby jogurt mógł cieszyć się, że został włożony do koszyka klienta.
Dla ciebie też jest ok. Znowu się udało. Jak zwykle - znalazłaś, co chciałaś.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Wszystko masz!

Czego jeszcze potrzebujesz? Przecież wszystko masz.
Dobrą robotę masz, w dużej firmie. Kasa się zgadza, a jak dowieziesz targety, to już w ogóle jest fajnie. Biuro masz ładne, nowoczesne; są ergonomiczne fotele i ekspres do kawy na kapsułki. Siedem różnych smaków! O jedenastej zawsze wpadnie pan kanapka z czymś dobrym, a co drugi dzień sushi. Szefa masz całkiem spoko, gość co chwilę w delegacji; zjazdy, konferencje… Nie przeszkadza Ci na co dzień. Masz pokój do czilautu, automat z batonikami i soki owocowe w socjalnym. No i ta klimatyzowana winda – prawdziwy wypas!
Mieszkanko też masz przecież niczego sobie. Siedemdziesiąt metrów to chyba akurat dla singla? Fajnie urządzone, twój architekt naprawdę dobrze sobie to wszystko wymyślił. Przejście z kuchni do jadalni – pierwsza klasa! Dobrze, że zdecydowałeś się na te stylowe, włoskie meble – tanie nie były, ale zarąbiście pasują do całego mieszkania. No po prostu klasa! Wiadomo, jeszcze parę latek musisz się pobujać z kredytem, ale warto było. Dzisiaj każdy chce mieszkać w Wilanowie.
Brykę masz dobrą, elegancką, wygodną, szybką. Ile potrzebujesz do setki? Siedem sekund? Sześć i pół? Tapicerka skórzana - wiadomo, tak musi być - ale wykonanie naprawdę pierwsza klasa. W końcu niemiecka doskonałość. Aż szkoda tyłka z fotela podnosić, jak trzeba wysiadać. Autko dobrze się prowadzi, nie szarpie, nie wywija numerów. Wiadomo, że służbowe, to nie to co własne, ale i tak jeździsz ile chcesz, kilometrówek nikt nie sprawdza, no i za wszystkie te serwisy, przeglądy płaci firma.
Wakacje zawsze spędzasz w topowych miejscach. Nie jakieś tam Włochy, Chorwacje, Grecje czy Teneryfy, gdzie tylko plebs jeździ. Nie jakieś Egipty, Maroka i Tunezje, gdzie strach wyjrzeć przez okno z pokoju, bo cię zaraz zastrzelą. Ty jeździsz stylowo, modnie, tak jak się teraz jeździ. W zeszłym roku Dominikana, dwa lata temu Sri Lanka a w tym? No właśnie! Vanuatu, bracie, to jest miejsce na wakacje! Świetny wybór. Słyszałem, że miejscowe panienki strasznie lecą na Europejczyków. All inclusive, stary! All inclusive!
Tu zresztą też masz życie, jak pan! Co weekend imprezka, tylko najlepsze kluby. Lada moment na Mazowieckiej zaczną rozwijać czerwony dywan, jak tylko zobaczą, że wysiadasz z taksy! Karki z ochrony kłaniają ci się w pas. Wystarczy, że machniesz im przed oczami swoją kartą vipowską. Masz wszystko, driny, muzę, a jak ci się zachce, to diler jointy w zębach przynosi. Wie, że ma do czynienia z biznes klasą! A laski ustawiają się w szeregu i organizują między sobą casting na to, która ma dziś na ciebie wyłączność
Ogólnie masz pełen luz - zero zobowiązań, stary. Nikt ci nie powie, że krzywo pościeliłeś łóżko, albo niedokładanie wyszczotkowałeś muszlę klozetową. Dla nikogo nie wracasz za późno do domu. Dla nikogo nie siedzisz za długo pod prysznicem. Dla nikogo za głośno nie pierdzisz, nie oglądasz meczu za długo, nie zjadasz o jednego hamburgera za dużo, ani nie wypijasz o jedno piwo za dużo. Sam decydujesz, kiedy wyrzucić śmieci, a kiedy nakarmić rybki. Masz nad tym wszystkim władzę, stary, sam wszystkim rządzisz! Nikt cię nie strofuje, nie napomina, nie pilnuje, bo nikogo takiego nie masz! Nie masz nikogo takiego i już!

I sam widzisz, stary, że kto jak kto, ale ty to wszystko masz…

czwartek, 30 kwietnia 2015

Głowa w reklamówce

Rozemocjonowany tłum ludzi skupiony wokół pociągu kolejki wukade, który zatrzymał się na kilkanaście metrów przed peronem, zazwyczaj zwiastuje coś niemiłego. Dlaczego skład nie dojechał do stacji? Dlaczego ludzie wchodzą na tory? Skąd ta wrzawa, skąd te krzyki? Dlaczego ktoś zdziera gardło histerycznym: „Wołajcie pogotowie!”?
Wypadki chodzą po ludziach. Albo raczej; ludzie chodzą na wypadki. Wiadomo, nie chcą, ale to nie wypadek jest przyczyną człowieka (może być, ale to wciąż jednak rzadkość), a człowiek sprawcą wypadku. Czasem chodzi o szyny, czasem o asfalt, o kamienie, korzenie, czasem bo trzęsienie ziemi albo tornado. Najczęściej jednak demiurgiem wypadku jest człowiek. Zdzisiek, Krzysiek albo Staśka. Człowiek.
Ludzie z wukadki wyglądają na wstrząśniętych. Ktoś komentuje głośno rozedrganym głosem, ktoś krzyczy. Stało się! Człowiek pod kołami kolejki. Kolejny wypadek. Chyba śmiertelny, ale dopóki ten tłum miota się w chaosie, trudno to stwierdzić. Wiadomo, że na torach stoi wielotonowa, metalowa bryła. Wiadomo, że pomimo wytycznych zawartych w rozkładzie jazdy, bryła nie dojechała na czas na kolejny peron, zatrzymana przez maszynistę kilkanaście metrów wcześniej z rozpaczliwym piskiem. Wiadomo również, że gdzieś pod wielotonową, metalową bryłą znajduje się kilkadziesiąt kilogramów mieszaniny kości, tkanek, mięśni i tłuszczu; królestwo - zwierzęta, typ – strunowce, podtyp – kręgowce, gromada – ssaki, i dalej: żyworodne, łożyskowce, naczelne…
Straszny ten tłum, pięknie krzyczą, profesjonalnie lamentują, ale zupełnie nic z tego nie wynika. Wiadomo, że ktoś tam wpadł pod pociąg, ale co dalej? Pomagamy? Wyciągamy go? Ktoś chce działać, ale tam jest krew. Wrażliwy na krew, nie da rady. Ktoś inny by wyciągał, ale nie wiadomo, co na to współczesna medycyna. Pewien starszy pan mówi, że kiedyś się wyciągało, ale wnuczek mu ostatnio powiedział, że teraz wszystko jest inaczej. A jeśli wszystko, to może dziś już się nie wyciąga? W końcu ktoś dostrzega, że tam obok wielgachnego, żelaznego koła leży jakaś nieforemna, zapiaszczona kula. Jakby ktoś wiózł zestaw do gry w kręgle i zgubił kulę średniego kalibru. Ktoś odważny podchodzi bliżej,  chyba racjonalista, bo szybko stwierdza, że w kręgle gra się bardziej foremnymi kulami. Po chwili do zjawiska podchodzi kolejny, trochę się zna, był na medycynie, ale za dużo nauki, więc poszedł na marketing i zarządzanie. Do tego odwiedzał swego czasu Hula-Kulę, więc o bołlingu też ma jako takie pojęcie. Nie, to nie kula do gry w kręgle – stwierdza samozwańczy ekspert – to ludzka głowa. Z grubsza taka sama, jaką ma każdy ze zgromadzonych gapiów. Tylko stanowczo oddzielona od reszty ciała, co jej niespecjalnie służy.
„Krzysiek! Krzysiu! Krzyś, gdzie jesteś??” – ktoś z tłumu się wydziera. Ciszej, kobieto! Przecież tu tragedia, tu wypadek śmiertelny, a ty się drzesz za swoim Krzysiek jak opętana! „Krzysiuuu!” – nie odpuszcza kobieta po pięćdziesiątce, w skromnym stroju, z reklamówką z dyskontu w dłoni. Przeciska się przez tłum, potrąca Bogu ducha winnych ludzi, którzy przypatrują się z przepełnionym fascynacją frasunkiem głowie oddzielonej od ciała, pierwszej, jaką przyszło im kiedykolwiek oglądać. „Krzysieeeeeeek!” – drze się kobieta, nie zważając na innych.
Ktoś ją rozpoznał. „Pani jechała ze mną kolejką” – mówi jakiś facet, niby nieźle ubrany, ale oczy przepite, jak u żula z dwudziestoletnim stażem, albo gościa, którego przerosła transformacja. „Pani była w drugim wagonie. Co to za Krzysiek, co go pani szuka?”
Wtedy kobieta dostrzega tę nieforemną kulę leżącą obok koła wukadki. Zastanawia ją spokój, swoista beztroska, z jaką kula odnosi się do niezwykłych okoliczności dzisiejszego popołudnia. Ludzie biegają, krzyczą, podnoszą lament; maszynista wyrywa sobie ostatnie włosy z wyłysiałej głowy, gdzieś w oddali słychać pierwsze syreny, pełen jazgot, wielkie poruszenie, a ta kapryśna kula po prostu sobie leży, pełna obojętności, która w takich chwilach nie przystoi nawet takim nieforemnym kulom. W kobiecie wzbiera gniew, ta kula nie może sobie tak po prostu tam leżeć. Zresztą, to nawet nie jest kula, to jest jakieś… Jakaś… bryła. Bardziej podłużna, jak jajko. Ale zupełnie niegładka, są wgłębienia i wypustki. Tu dwie dziury, tam wystający grzbiet niby górska grań albo dach gotyckiego kościoła. A wszystko w krwisto-brązowym pyle. Co to jest? O co tu chodzi?
Kobieta zbliża się do zjawiskowej kuli, nachyla się…
„Krzysiu, czemu jesteś kulą?” – pyta kobieta. „Krzysiu, czemu tu leżysz? Miałeś czekać na peronie na wukadkę, miałeś się dosiąść i mnie znaleźć.” „Krzysiu, czemu tu leżysz? Ludzie czekają, chcą jechać dalej. Wstawaj! Krzysiek, przecież nie możesz tu tak leżeć! Jedziemy do ciotki, zapomniałeś?” „Krzysiek, co to w ogóle znaczy? Gdzie jest reszta ciebie? Krzysiek, o co chodzi? Krzysiek! Odpowiadaj jak matka pyta!”.
Kilka osób spostrzegło, że sytuacja przedstawia się nieszczególnie. Złapali kobietę pod ramiona; próbują odciągnąć ją od torów, od nieforemnej kuli opartej leniwie o koła kolejki, od pozbawionej reszty ciała głowy Krzyśka. Nagle jednak kobieta wyrywa się; okazuje się, że dysponuje nadludzką siłą, jak Pudzian. Każda matka potrafi być Pudzianem, kiedy chodzi o dziecko.
Kobieta zdecydowanym ruchem podnosi głowę z torów. „Szybko! Szybko!” – krzyczy, ale nikt nie wie o co jej chodzi, ani co mają robić szybko. Krzysiek, sprowadzony aktualnie do objętości własnej głowy, jako że reszta ciała spoczywa gdzieś pod kolejką i nie bierze udziału w bieżących wydarzeniach, również niezupełnie pojmuje o co chodzi matce. Wiadomo - matki tak czasem mają, że nie wiadomo dokładnie o co im chodzi. Poza tym, że na pewno chcą jak najlepiej. Kobieta wpycha głowę do reklamówki. Miała w niej tylko pudełko czekoladek, pewnie na prezent dla tej ciotki, co to mieli do niej jechać z Krzychem. A że dyskonty robią teraz pojemne reklamówki, głowa jeszcze jakoś się mieści.
„Szybko panowie, szybko!” – kobieta przytomnie dostrzega ratowników wysiadających właśnie z erki. Wciąż nie wiadomo jednak, co ma być szybko. Ratownicy patrzą zdezorientowani, jak kleista jucha oblepia od wewnątrz reklamówkę z dyskontu. Pudełko czekoladek też jest już mocno upaćkane. Tylko o co chodzi tej nieszczęsnej kobiecie? Co ma być szybko? Szybko do prosektorium na sekcję zwłok? Szybko w formalinę? W końcu jeden z ratowników zdobył się na odwagę: „Proszę pani, co pani tak z tą… reklamówką?”
„Weźcie ją szybko! Weźcie szybko resztę! Przyszyjcie! Przecież tu trzeba szybko!”
I znowu konsternacja. Co ona chce, głowę do reszty ciała przyszywać? Żeby ładniej w trumnie wyglądało? Szwy się przypudruje, albo założy koszulę z wysokim kołnierzykiem – przy dobrym wykonaniu można otwierać w kościele przed rodziną i nikt się nie skapnie, że Krzysiek jest trochę jak dwuelementowe puzzle 3D. Wszystko do zrobienia, tylko czemu ma być na szybko?
Wtedy kobieta precyzuje o co jej chodzi. „Przecież jak się szybko przyszyje, to wszystko jest dobrze. Zrasta się, goi. Tylko trzeba szybko, bo obumiera! Czytałam w gazecie. Taki facet opowiadał, że mu rękę powyżej łokcia ucięło, ale mu przyszyli. Nie jest sprawna na sto procent, ale nią ruszą. Najwyżej Krzysiek będzie musiał uważać, żeby za bardzo tą głową nie kręcić. Same palce też przyszywają, jedna dziewczyna miała taki wypadek, że jej wskazujący, środkowy i serdeczny lewej ręki urwało. Przyszyli. Dziewczyna nawet na gitarze potrafi grać! Medycyna bardzo poszła do przodu! Baśka to mi nawet ostatnio mówiła, że jakiemuś tam w Ameryce krajzega przyrodzenie ciachnęła. Przyszyli mu i jeszcze dzieciaków narobił!”
Jeden z ratowników mimowolnie przejmuje reklamówkę z rąk matki. Mógł zrobić jak kumple z osiedla – pieprzyć studia, zrobić uprawnienia na koparkę albo wózek widłowy, mieć zwyczajną robotę, ósma-szesnasta i fajrant. Żadnych poharatanych ciał, spóźnionych pieszych, plam z krwi i jelit na asfalcie, żadnych zmiażdżonych członków, obciętych rąk, nóg, głów, żadnych kochanek, żon, matek.
Spogląda na zawartość reklamówki. Twarz Krzyśka wyraża zrozumienie.
„To nie twoja wina, stary” – Krzysiek próbuje się tłumaczyć przed ratownikiem. „To ja… Spieprzyłem. Trzeba było wyjść wcześniej, trzeba było przewidzieć, że autobus może się spóźnić… A zresztą… Mogłem odpuścić. Za kwadrans byłaby kolejna wukadka. Zadzwoniłbym do matki, powiedział, że dojadę następną. Spieprzyłem…”. Ratownik odnosi reklamówkę do erki. „Już bierzemy i zaraz zszywamy” – rzuca bez przekonania.
Matka wpatruje się w ratownika zniecierpliwionym wzrokiem. „To jeszcze resztę weźcie! Bo jak inaczej przyszyjecie? Tam leży” – wskazuje na skład kolejki.
„Już bierzemy”.

„Dobrze. Ja jadę, bo się spóźnię. Pan powie Krzyśkowi, że czekam u ciotki”.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Radek

Radek znowu jest na zmianie.
Radek ma swój strój służbowy, charakterystyczny, granatowo-czerwony uniform: spodnie, kurtkę i czapkę z daszkiem, nieco utytłane kurzem i smarem, ale jeszcze mogą być. Radek nie jest kamerdynerem, nie pracuje w telewizji ani w klinice dla chorych na AIDS – nie musi być idealnie schludny.
Radek do swych obowiązków podchodzi ze stoickim spokojem (w ludzkiej świadomości istnieją trzy rodzaje spokojów: zwykły – łatwo go rozpoznać, bo bez przymiotnika, święty – wciąż najbardziej pożądany, mimo, że mamy coraz więcej ateistów, oraz stoicki – uważany, za jakąś wyjątkową formę spokoju, bo nikt już dziś nie pamięta kim byli stoicy i czym się zajmowali). Wszystko, co składa się na jego zakres obowiązków należy wykonywać starannie i dokładnie. A Radek wie, że jeśli starannie i dokładnie, to bez zbędnego pośpiechu. Nie spieszy się więc, stawia na jakość.
Są chwile, gdy Radek nie wykonuje żadnego ze swych głównych obowiązków. Zajmuje się wówczas tak zwanymi zadaniami dodatkowymi, albo nie zajmuje się zgoła niczym. Skala moich obserwacja jest póki co zbyt skromna, bym mógł wskazać wyraźne różnice między zajęciami dodatkowymi a brakiem jakichkolwiek zajęć. Jestem jednak przekonany, że Radek doskonale je rozróżnia.
Praca Radka to także kontakt z klientem. Oznacza to, że zgodnie ze standardami naszych czasów Radek jest cały czas zorientowany na klienta, cały czas bada potrzeby klienta, doradza klientowi, proponuje różne rozwiązania rekomendując te, które są akurat zdaniem Radka najlepsze. I zgodnie ze standardami naszych czasów, klient obsłużony przez Radka jest zawsze zadowolony i zawsze powraca.
Praca Radka nie jest zapewne pracą marzeń. Ma jednak kilka zalet.
Przede wszystkim, jest – to dla Radka silny argument, aby utrzymać się na zajmowanym stanowisku.
Po drugie jest płatna; Radek może pokazać figę tysiącom przeintelektualizowanych stażystów, którzy niby gdzieś tam się dostali, a którym starzy wciąż opłacają akademiki i weekendowe libacje – on za swoją wódkę płaci sam! A samodzielne płacenie za wódkę jest podstawą godności każdego faceta.
Po trzecie, kiedy Radek wraca po pracy do domu, kiedy otwiera swoje Królewskie, już nie myśli o robocie. Nie wiszą nad nim niedopięte projekty, bezlitośnie nadciągające dedlajny, niedokończone raporty, przeładowane skedżule. Radek nie ma w perspektywie kolejnego dnia slalomów między rutynową papierologią i kolejnymi wrzutkami od szefa, adhokami, spotkaniami bez zapowiedzi, na które musi iść, bo bez niego nie ruszą z sabdżektem i nie znajdą soluszyn. Radek nie myśli o wyśrubowanych targetach, półrocznych albo kwartalnych asesmentach, o memach, które spływają mu na mejla szybciej niż jest w stanie otwierać załączniki, nie martwi się ekselami, w których znowu nie działają formuły, makrami, w których znowu coś się rozjeżdza, łordem, który znowu nie znalazł banalnej literówki. Radek nie planuje swojej kariery na trzydzieści lata do przodu, nie jest zafiksowany na self-dewelopmencie, nie upiększa życiorysu na potrzeby rekrutacji na embijeja.
Radek pracuje na Orlenie, pomaga tankować paliwo, myje szyby, jeśli ktoś sobie życzy.
Radek przychodzi do pracy i robi co do niego należy. Nic więcej.
Czasem tak bardzo mu zazdroszczę.