poniedziałek, 27 lipca 2015

Autobusy i żelazka

Autobus podjeżdża na przystanek, kierowca otwiera drzwi, następuje zwolnienie blokady. Wyprasowane bluzki i koszule przesuwają się coraz bliżej i bliżej, najpierw nieśmiało muskają, potem stykają coraz większymi powierzchniami, aż w końcu, gdzieś w tej przeklętej przestrzeni między progiem a kasownikiem, następuje masowe mięcie, zbiorowe samobójstwo porannych prasowań. Nieważne ile czasu dopieszczałeś żelazkiem rękawy, zagięcie zaraz się pojawi, na lewym albo prawym, a może na obu naraz. Jak nie rękaw to plecy, bo ktoś z tyłu napiera, bo na niego też ktoś napiera, bo na tamtego napierają dwie kolejne.  A jak jesteś niewysoka i drobna najlepiej w ogóle zrezygnuj z prasowania, bo wygniotą cię z każdej strony, nawet od góry. Albo woź ze sobą żelazko. Producenci walizek na laptopy powinni wypuścić na rynek wariant ze kieszenią na żelazko, a najlepiej dodatkowo z miejscem na małą deskę do prasowania. Ewentualnie pracodawcy mogliby rozważyć instalację w przestrzeni biurowej kącików do prasowania, na przykład gdzieś koło socjalnego. Albo jeszcze lepiej na recepcji, żeby móc się ogarnąć zanim napatoczymy się na szefa. A jak to nie pomoże, to już nie wiem co. Trzeba będzie poprosić celebrytów, żeby zaczęli paradować w wyświechtanych ciuchach. Po kilku miesiącach społeczeństwo przyjmie to za obowiązujący z dawien dawna standard i już w ogóle nie trzeba będzie prasować. Tylko co na to producenci żelazek?


środa, 22 lipca 2015

[Knajpy w klimacie PRL-u], T. II

Tymczasem w drzwiach pojawia się para w stylu Jay i Cichy Bob. Z tą różnicą, że tu to grubszy, z chińskim tatuażem w stylu „kurczak w pięciu smakach” na ramieniu, bez przerwy nawija, a chudy milczy. Może w dzieciństwie zlizywał resztki jedzenia z miksera i kiedyś zapomniał wyłączyć z gniazdka? W sumie lepiej tak niż ten drugi. Sześćdziesiąt procent jego wypowiedzi to przekleństwa, raptem jakieś dziesięć różnych słów wypluwanych bezmyślnie w przypadkowej kolejności. Może to konkurs na najbardziej wulgarnego człowieka świata a chudy jest od księgi rekordów Guinessa i wszystko liczy? Wzięli po browarze i usiedli przy stoliku – szczęśliwie na samym końcu sali. Nie mówię, że jestem święty; też czasem przeklinam. No ale, kurwa, bez przesady.
Mam nadzieję, że trzy gracje, które właśnie z rozmachem weszły do lokalu, nie planują uskuteczniać dźwiękowej inwazji na zwykłych, barowych zamulaczy-piwożłopów. Kroki mają dość swobodne, lekkie, żeby nie powiedzieć – chwiejne. Szpilki i koturny nie pomagają. Obcisłe miniówy chyba też. Ale co ja się znam, ani w szpilkach, ani w miniówach nie chadzam, jestem jakiś mało tęczowy. Dziewczyny już są przy barze. Komunikacja między nimi niby trwa, ale więcej w tym śmiechów, chichów, prychnięć, niż słów zdefiniowanych w pewuenowskim Słowniku Języka Polskiego. W końcu odzywa się czarna. Jak chodzi o trzepotanie rzęsami, blondyny zawsze z przodu, ale jak trzeba coś zamówić na barze, to najczęściej pierwsza odzywa się czarna.
- A jakie wino państwo macie?
Cisza. Barmanka (barman znowu czmychnął na zaplecze) spogląda z wyraźnym poczuciem wyższości.
- Nie mamy wina – odpowiada.
- A co macie?
- Piwo alb wódka. Może być łiski – kiwa głową w stronę Red Label.
Trzy gracje potrzebują konsultacji.
„No to, hihi, hehe, to może, huhu, haha, weźniemy (tu mam okropne ciary na plecach), hihi, tą wódkę (prychnięcia), ja ją lubię, hihi, i bynajmniej nie jest taka ostra, hue hue.
- To co będzie? – barmanka się niecierpliwi. Zdaje się, że ma kogoś ważnego na Messengerze w smartfonie.
- To my weźniemy (znowu te ciary!) wódkę z colom.
- Tylko żeby była light. Znaczy się cola nie wódka, hihi.
Dopiłem. Patrzę na zegarek – pekaes podjedzie za pół godziny. Trzeba się powoli zbierać. Żegnam się grzecznie i zmierzam do wyjścia.
- Pani kierowniczko! – drze mordę ten wypłosz od trzech kolejek, który nie wiadomo kiedy wrócił. – Jakiś koleś zerzygał się koło kibla i teraz śpi z gębą w muszli!
Knajpa w klimacie PRL-u. Szare kredensy, bezstylowe abażury, na ścianie Danuta Rinn i kabaret Tey. Równie dobrze może to być Wersal, buddyjska pagoda, steampunkowy klubik, domek w sycylijskim stylu, bollywoodzki salon albo prowincjonalna dyskoteka z autografami członków zespołu Akcent na ścianie. Nieważne. I tak ktoś wejdzie z pitbulem bez smyczy, ktoś pokaże stringi, ktoś będzie chlał na umór albo klął bez końca, komuś wcisną nieświeżą różę, a ktoś zarzyga kibel. A wszystko to będzie obserwował ktoś przypadkowy, sączący leniwie jedno piwo, pozornie znudzony, zniesmaczony. Ale trochę jakby... zazdrosny?

czwartek, 16 lipca 2015

[Knajpy w klimacie PRL-u], T. I

Knajpy w klimacie PRL-u wywołują we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony mam wrażenie, że wkraczam w późne średniowiecze, w którym telewizor był tylko u sąsiada a numer na telefonie dosłownie się wykręcało, z drugiej wiem, że sam się w tej - jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi – epoce, urodziłem. A nawet w jakimś sensie w niej pomieszkiwałem, gdy za dzieciaka spędzałem wakacje u babci. Bo u babci sporo PRL-u walało się po kątach.
Tu jest podobnie. Za barem stoją rzędem drewniane kredensy z odpadającą farbą w kolorze polnej myszy. Na nich szafki regałowe, w których półki uginają się od ciężaru pospolitych wódek czystych i najtańszych farbowanych. Za produkt premium robi tu Red Label. Jeszcze wyżej plakaty: panowie z Czerwonych Gitar w eleganckich marynarach, Danuta Rinn z piórami, kabaret Tey zaprasza na występy wąsami Bohdana Smolenia, a Czesław Niemen spogląda tajemniczo spod czarnego kapelusza. Ponad barem bezstylowe abażury próbują rozświetlić pomieszczenie, ale żarówkom najwyraźniej brakuje mocy.
Dziewczyna za barem ubrana współcześnie, jest miła, jest uśmiechnięta – chciałoby się rzec: nie pasuje do wystroju wnętrza. Z drugiej strony… Może to tylko nam, wychowankom transformacji, rozpieszczonym hamburgerami popijanymi coca-colą, wydaje się, że wtedy wszystko było szare i smutne? Piwo smakuje jako tako, kosztowało szóstkę, więc nie mam wygórowanych oczekiwań. Próbuję rozsiąść się wygodnie na stołku barowym, ale lite drewniane siedzisko raczej nie współpracuje z moimi pośladkami. Nieważne, jakoś wytrzymam.
Wchodzi koleś z pitbulem, bez smyczy, bez kagańca. W pierwszej chwili poczułem się nieswojo, ale ku mojemu zaskoczeniu pies łasi się do wszystkich, domaga atencji i pieszczot, wesoło merda ogonem. W końcu bestia podlazła i do mnie – głaskać, nie głaskać? Wygląda na ogromnie towarzyskiego, ale wystarczy że na chwilę coś mu strzeli do łba i palce będę zbierał z podłogi. Dobra, pogłaszczę! O, jak się psina cieszy. Nikt mu jeszcze nie powiedział, że jest maszyną do zagryzania. Laska obok zdaje się absolutnie zafascynowana zwierzakiem. Tarmosi go za głowę, za uszy, za pysk – z daleka wyglądałoby to pewnie na próbę samobójczą. Nachyla się mocniej, zbyt mocno… Ponad linią przetartych dżinsów pojawia się wąska, czarna tasiemka. Okoliczne samce (te ludzkie) szybko podłapują temat. Są stringi – jest potencjał. Mimowolnie przyglądam się dokładniej. Ciekawy model, myślę, oryginalne te zapięcia (rozpięcia?) z tyłu. Praktyczne.
Pies poszedł za bar, a tymczasem do knajpy wchodzi babulinka z pękiem róż, których świeżość najwyraźniej zgubiła się po drodze. Najpierw obskakuje pary, nawet udało się coś opylić. Teraz podchodzi do mnie, nie wiem po jaką cholerę, ale podchodzi.
- Może różyczkę kawaler kupi? – pyta, niczym Tomasz Dedek Michała Milowicza w „Poranku kojota”.
- Dzięki, nie potrzebuje – nie brzmię uprzejmie, trudno.
- A może by się przydała? – drąży temat babsko. – Jak kawaler weźmie, to może coś poderwie.
- Obejdzie się! I bez tego jestem dobry w podrywaniu. – zamknąłem rozmowę. Nie dodałem tylko, że chodziło mi o podrywanie dupy z krzesła.

Nieważne, w barze zjawia się kolejna osobliwość. Wysoki, chudy koleś, z twarzy zupełny wypłosz, ale krok ma dość pewny. Na głowie sprana czapka z daszkiem, kiedyś chyba granatowa. Podchodzi do baru, staje tuż obok mnie i ściąga wzrokiem barmana, który przed chwilą wylazł zza zaplecza. Prosi trzy lufy czystej i oranżadę. Spoglądam w stronę drzwi, czy jego kumple już wchodzą, ale nikogo nie ma. Wypłosz się nie patyczkuje. Między pierwszym a ostatnim kieliszkiem mija jakieś dziesięć sekund, drugie tyle poświęca na popitę. Poprawia czapkę, dziękuje, wychodzi. Barman bez wzruszenia sprząta szkło.

wtorek, 7 lipca 2015

W końcu tyle się działo

Budzik. Piąta rano. Stuka palcem w miejsce wyłączenia alarmu. Nie jest łatwo tak po prostu podnieść się z łóżka o piątek, ale jakoś się udaje. Odbywa szybką toaletę i schodzi do jadalni na śniadanie, gdzie nikogo o tej porze nie ma. Gotowy do wyjścia, ale sprawdza jeszcze plecak, czy na pewno wszystko spakowane. Na dworze póki co chłodno, ale słońce pnie się coraz wyżej; pewnie wkrótce zacznie grzać.
Z trudem rozsuwa zaropiałe powieki, by spojrzeć na leżący przy łóżku zegarek. Za piętnaście dwunasta, mógłby jeszcze chwilę pospać. Sen jednak nie powraca, wstaje więc leniwie i wciąga na nogi spodnie. Idzie do toalety, trzeba się w końcu ogarnąć, nie? Nawet na urlopie. Wreszcie jest, powiedzmy że gotowy. Schodzi do restauracji, ale po dwunastej śniadań już nie serwują. Trzeba coś upolować na mieście, Wychodzi z hotelu, twarz zalewa mu fala gorąca.
Zaczyna się najcięższy fragment podejścia. Powoli stąpa po wysokich, granitowych stopniach, jeden za drugim. Czasem szlak jest podniszczony, drobne kamienie osuwają się spod butów, trzeba uważać, żeby po nich nie zjechać. Podejście staje się coraz bardziej strome, już widać pierwsze łańcuchy i klamry. Nie tylko nogi będą dziś potrzebne, teraz także ręce czeka spory wysiłek. Zaczyna się wspinaczka, pot spływa ciurkiem z czoła, zimna stal łańcucha napręża się dźwięcznie, chropowata skała wżyna się w dłonie.
Najbliższa sensowna knajpa znajdowała się dość daleko, ale to w sumie dobrze. Większość drogi pokonał w cieniu parkowych drzew, a wiadomo jak taki poranny spacer poprawia zdrowie. Szkoda, że z powrotem musi się męczyć pod górę. Ciężko, naprawdę ciężko… Zachciało się pojechać dla odmiany w góry, to masz góry – pomyślał. W końcu widać hotel, jeszcze tylko tych kilkanaście stopni do wejścia. Stając w holu ciężko dyszy. No, to się przeszedłem! – pomrukuje zadowolony. Wchodzi do pokoju – chyba się jeszcze na chwilkę położę.
I nagle szczyt. Przestrzeń otwarła się niespodziewanie na wszystkie strony. Ledwo łapie oddech, trudno stwierdzić, czy to zadyszka czy zachwyt. Wokół złowieszczo zerodowane granie, poniżej wylizane przez lodowce doliny, w oddali zaś cała reszta. Miasteczko, jeszcze wczoraj gwarne i rozbiegane, teraz wydaje się raptem skupiskiem rozmazanych na horyzoncie pikseli. Stamtąd przyszedłem? – powątpiewa. To kawałek tego samego świata?
I znowu bąbelki. Cały urlop mógłby mu upłynąć w mruczącym, buzującym jacuzzi. Dziś czuje się nawet lepiej niż ostatnio nad morzem: słońce to samo, woda ciepła i czysta, nie zasikana przez dzieciaki jak w Bałtyku, no i widoki ciekawsze. Dobrze, że pobudowali te termy – myśli, jest przynajmniej jakaś atrakcja turystyczna. No i góry fajnie stąd wyglądają. Tylko po co się tam pchać, tak wysoko? – myśli. Nie rozumiem, a przecież ludzie chodzą.
Ostatnia prosta i wreszcie spomiędzy drzew wyłania się murowany domek. Może zrzucić plecak ze zmęczonych barków, pani za barem już czeka. Potrzebuje ledwie chwili, by zdecydować – dziś najlepsza będzie kwaśnica na żeberku, gęsta od kapusty, że łyżkę można na sztorc postawić. Do tego zimne piwo; najlepsze na świecie, bo wypite w schronisku po górskiej wycieczce.
Czuje, jak tłuszcz z golonki powoli ścieka mu po brodzie. Dobrze górale przypiekają, oj dobrze! A do tego w tej knajpie podają całkiem słuszne porcje. Wczoraj trafił gorzej, wczoraj się nie najadł. A tu – choćby promocja na piwo zachęca do ponownych odwiedzin. Może nie jutro, jutro pójdzie na pizzę, ale raczej tu wróci. Kelner! Jeszcze jeden kufelek poproszę!
Zwija poduszkę w nieforemną bryłę, lubi gdy głowa leży nieco wyżej. Oczy same się zamykają. To normalne po tak intensywnym dniu.

W końcu tyle się działo. 

wtorek, 30 czerwca 2015

Kocie sprawy

Nie ma to jak kotka. A najlepiej dwie, przecież jedna będzie się nudzić… Mrukliwe, futrzaste baby z wąsami, prawie jak Conchita, ale mają jednak w sobie dość godności, by nie śpiewać na Eurowizji. Z rana (a rano dla kotek to piąta, wpół do szóstej najpóźniej) wpakują ci się do łóżka i wyjadą z dyńki – ot, taki koci znak pokoju i miłości. Ale spróbuj tylko odwdzięczyć się w ciągu dnia, kiedy akurat byczą się na posłaniu drapaka. Ofukną cię stanowczo, bo niby jakim prawem przerywasz ich drzemkę, zaledwie trzecią tego dnia?! Koty przesypiają ponoć sześćdziesiąt procent doby. Tym bardziej zaskakuje skala chaosu, który w pozostałym czasie aktywności potrafią rozpętać na całej dostępnej dla nich przestrzeni.
Prosty przykład. Na blacie w kuchni, zawinięta w plastikową torebkę śniadaniową, leżała kajzerka. Stara, czerstwa, zapomniana, czekała aż łaskawa ręka skruszy ją i podkarmi przypadkową gromadę gołębi koczujących pod blokiem. Nie doczekała się. Wracam do domu, pozornie wszystko wygląda normalnie. Kotki wylegują się leniwie w przypadkowych miejscach, jedna rozłożona jak płaszczka na podłodze pod drzwiami balkonu, druga zwisająca niedbale tylnymi łapkami z krzesła obrotowego. Norma. Wchodzę więc do mojego pokoju i… otwieram szeroko oczy.
Kapa na łóżku podwinięta, na niej i wokół mnóstwo okruchów, na środku zaś leży poobgryzana ze wszystkich stron obeschnięta kajzerka. A w mojej głowie pomieszanie złości, niedowierzania, podziwu i strachu. Złość, bo cały ten syf trzeba będzie sprzątnąć. Niedowierzanie, bo koty jakimś cudem zorganizowały logistykę pozwalającą na przeniesienie całej zasuszonej kajzerki z blatu kuchennego na moje łóżko. Podziw z tego samego mniej więcej powodu – rozumiem, że zrzuciły bułę na podłogę, ale jak do cholery władowały ją na moje łóżko?! Strachu, bo jeśli wpadły na tak abstrakcyjny z mojego punktu widzenia koncept, to lepiej nie myśleć, na jak zwichrowane pomysły mogą jeszcze wpaść.
Co było robić – przecież nie zagonię kotów do sprzątania. Wyciągnąłem odkurzacz – odrobina słodkiej zemsty, bo one nie znoszą tego ryku – i sprzątnąłem rozkruszone pieczywo z łóżka.

Podobnych wydarzeń było już kilka. Ale tak jak łatwo sprzątnąć kajzerkę, tak i łatwo zebrać rozlaną wodę z szuflady, albo kupić nowe słuchawki. Kiedy jednak na spokojnie analizuję kocie zestawienie zysków i strat, nasuwa się jeden zasadniczy wniosek. Warto było adoptować!

sobota, 27 czerwca 2015

Esmeralda

Czego poszukujesz, Esmeraldo?
Wyłowić cię z tłumu nigdy nie stanowi problemu. Wystarczy, że zamkniesz swą marmurową figurę, tę porcelanową talię wyprofilowaną zgodnie z najwyższymi standardami Unii Europejskiej, w jakąś zgrabną, nie za długą sukienkę. Oto jesteś, żywiołowo migający punkt na dziesiątkach samczych radarów. Oni już sposobią się do ofensywy, ale to przecież ty decydujesz, kto podpłynie blisko, a kto w swej naiwności nadzieje się na minę.
Wybierasz, jak się wybiera jogurt w hipermarkecie. Jaka marka, jaki wariant, jaki smak, jaka pojemność, czy ze zbożem, z owocami, czy może jednak fit. Cała lodówka szczerzy się przed tobą zadziwiającą gamą nienaturalnych uśmiechów, pręży muskuły (jeśli są) i rzuca zaczepne spojrzenia. Ciebie nie interesują promocje, nie spoglądasz na marki własne w dyskontowych cenach. Liczy się tylko towar premium. Najlepiej bezglutenowy, bezcukrowy, taki, przy produkcji którego nie pracują dzieci poniżej piętnastego roku życia, ani nie wycina się lasów tropikalnych, przebadany i zatwierdzony przez Polskie Towarzystwo Dietetyki Sportowej. Bo to ty wybierasz.
Wtedy podchodzisz i spoglądasz mu w oczy. Potrzebny ci zaledwie jeden błysk spod gęstych, grubo tuszowanych Armani Black Ecstasy rzęs. On już wie, że został wybrany. To jego kolektura okazała się szczęśliwa, to jego wybrało czterdzieści pięć kulek po tym, jak nastąpiło zwolnienie blokady. Wystarczy dosłownie jeden błysk spod zacieniowanej Chanel Les 4 Ombres powieki, a on już wskakuje do wózka, już jedzie w stronę kas.
Zaczynacie nieśmiało, jak dziecko próbujące nieporadnie rozbujać huśtawkę. On wie, że wygrał, ale niezupełnie jeszcze ma pomysł, co zrobić z tak nagle nabytą fortuną. Nie naciskasz. Niech przejmie inicjatywę, a właściwie niech mu się wydaje, że przejął. Niech nabierze pewności, niech się w niej zatraci. Każdego zwycięzcę pochłonie w końcu pewność siebie. Huśtawka wychyla się coraz bardziej, amplituda drgań rośnie. Wasze ciała splatają się z coraz większą zawziętością. Chodzi o to, aby powierzchnia styku była jak największa. Dłonie skanują barki, ramiona, łopatki, biodra, krzyż i niżej – złośliwość Boga, że człowiek ma je tylko dwie. Zespalacie się w uścisku, łapczywie sklejacie naskórkiem, dyfundujecie w sobie nawzajem.
Usta w końcu musiały się spotkać. Udało się. Potrzebowaliście rozciągniętych w nieskończoność minut poszukiwań, momentów gorzkiego zwątpienia i frustracji, dziesiątek nietrafionych mlaśnięć i cmoknięć. Wreszcie los okazał się łaskawy. Przynajmniej dla niego; przecież ty, Esmeraldo, dokładnie wiedziałaś kiedy i jak to nastąpi. To ty zarządzasz losem, kreujesz los, ustawiasz jego harmonogram i decydujesz, kiedy nastąpi przejście do kolejnego etapu. W końcu pozwalasz jego spierzchniętym i zmęczonym przez tęskne poszukiwania ustom odnaleźć ciebie. Ileż radości pulsuje nagle w tych mięsistych, nieco słonawych, pokrytych lekko złuszczającą się skórą workach, gdy niby przypadkowo przytrafi im się nagle delikatne muśnięcie o smaku pomadki Chanel Rouge Coco. Oto koniec tułaczki. Oto Ziemia Obiecana, nieważne Kanaan czy Łódź.
Później wszystko dzieje się już bardzo szybko. Incydentalne spotkania dwóch obcych sobie warg z dyskretnych skubnięć bardzo szybko przechodzą w łapczywy taniec hedonizmu. On wariuje, ty udajesz, że za jego wariactwem nadążasz. Czas jakiś trwacie w epileptycznym zwarciu; dłonie wygniatają koszulę i sukienkę. Języki odbijają się od siebie, zębów i podniebienia, knagujecie je zawzięcie, mocno. Ten węzeł nie może puścić!
W końcu następuje konkretna decyzja. Szybko wychodzicie z klubu. Taksówka oczywiście czeka, o tej porze nigdy ich nie brakuje. Kierunek jest prosty – do niego. Jedziecie sczepieni jak dwa płaskie klocki Lego, ale taksówkarz ma to gdzieś. Dla niego to kurs jak co sobotę. Czujesz, jak twój produkt emanuje szczęściem i sukcesem, tak jakby jogurt mógł cieszyć się, że został włożony do koszyka klienta.
Dla ciebie też jest ok. Znowu się udało. Jak zwykle - znalazłaś, co chciałaś.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Wszystko masz!

Czego jeszcze potrzebujesz? Przecież wszystko masz.
Dobrą robotę masz, w dużej firmie. Kasa się zgadza, a jak dowieziesz targety, to już w ogóle jest fajnie. Biuro masz ładne, nowoczesne; są ergonomiczne fotele i ekspres do kawy na kapsułki. Siedem różnych smaków! O jedenastej zawsze wpadnie pan kanapka z czymś dobrym, a co drugi dzień sushi. Szefa masz całkiem spoko, gość co chwilę w delegacji; zjazdy, konferencje… Nie przeszkadza Ci na co dzień. Masz pokój do czilautu, automat z batonikami i soki owocowe w socjalnym. No i ta klimatyzowana winda – prawdziwy wypas!
Mieszkanko też masz przecież niczego sobie. Siedemdziesiąt metrów to chyba akurat dla singla? Fajnie urządzone, twój architekt naprawdę dobrze sobie to wszystko wymyślił. Przejście z kuchni do jadalni – pierwsza klasa! Dobrze, że zdecydowałeś się na te stylowe, włoskie meble – tanie nie były, ale zarąbiście pasują do całego mieszkania. No po prostu klasa! Wiadomo, jeszcze parę latek musisz się pobujać z kredytem, ale warto było. Dzisiaj każdy chce mieszkać w Wilanowie.
Brykę masz dobrą, elegancką, wygodną, szybką. Ile potrzebujesz do setki? Siedem sekund? Sześć i pół? Tapicerka skórzana - wiadomo, tak musi być - ale wykonanie naprawdę pierwsza klasa. W końcu niemiecka doskonałość. Aż szkoda tyłka z fotela podnosić, jak trzeba wysiadać. Autko dobrze się prowadzi, nie szarpie, nie wywija numerów. Wiadomo, że służbowe, to nie to co własne, ale i tak jeździsz ile chcesz, kilometrówek nikt nie sprawdza, no i za wszystkie te serwisy, przeglądy płaci firma.
Wakacje zawsze spędzasz w topowych miejscach. Nie jakieś tam Włochy, Chorwacje, Grecje czy Teneryfy, gdzie tylko plebs jeździ. Nie jakieś Egipty, Maroka i Tunezje, gdzie strach wyjrzeć przez okno z pokoju, bo cię zaraz zastrzelą. Ty jeździsz stylowo, modnie, tak jak się teraz jeździ. W zeszłym roku Dominikana, dwa lata temu Sri Lanka a w tym? No właśnie! Vanuatu, bracie, to jest miejsce na wakacje! Świetny wybór. Słyszałem, że miejscowe panienki strasznie lecą na Europejczyków. All inclusive, stary! All inclusive!
Tu zresztą też masz życie, jak pan! Co weekend imprezka, tylko najlepsze kluby. Lada moment na Mazowieckiej zaczną rozwijać czerwony dywan, jak tylko zobaczą, że wysiadasz z taksy! Karki z ochrony kłaniają ci się w pas. Wystarczy, że machniesz im przed oczami swoją kartą vipowską. Masz wszystko, driny, muzę, a jak ci się zachce, to diler jointy w zębach przynosi. Wie, że ma do czynienia z biznes klasą! A laski ustawiają się w szeregu i organizują między sobą casting na to, która ma dziś na ciebie wyłączność
Ogólnie masz pełen luz - zero zobowiązań, stary. Nikt ci nie powie, że krzywo pościeliłeś łóżko, albo niedokładanie wyszczotkowałeś muszlę klozetową. Dla nikogo nie wracasz za późno do domu. Dla nikogo nie siedzisz za długo pod prysznicem. Dla nikogo za głośno nie pierdzisz, nie oglądasz meczu za długo, nie zjadasz o jednego hamburgera za dużo, ani nie wypijasz o jedno piwo za dużo. Sam decydujesz, kiedy wyrzucić śmieci, a kiedy nakarmić rybki. Masz nad tym wszystkim władzę, stary, sam wszystkim rządzisz! Nikt cię nie strofuje, nie napomina, nie pilnuje, bo nikogo takiego nie masz! Nie masz nikogo takiego i już!

I sam widzisz, stary, że kto jak kto, ale ty to wszystko masz…