Autobus podjeżdża na przystanek,
kierowca otwiera drzwi, następuje zwolnienie blokady. Wyprasowane bluzki i
koszule przesuwają się coraz bliżej i bliżej, najpierw nieśmiało muskają, potem
stykają coraz większymi powierzchniami, aż w końcu, gdzieś w tej przeklętej
przestrzeni między progiem a kasownikiem, następuje masowe mięcie, zbiorowe
samobójstwo porannych prasowań. Nieważne ile czasu dopieszczałeś żelazkiem
rękawy, zagięcie zaraz się pojawi, na lewym albo prawym, a może na obu naraz.
Jak nie rękaw to plecy, bo ktoś z tyłu napiera, bo na niego też ktoś napiera,
bo na tamtego napierają dwie kolejne. A
jak jesteś niewysoka i drobna najlepiej w ogóle zrezygnuj z prasowania, bo
wygniotą cię z każdej strony, nawet od góry. Albo woź ze sobą żelazko.
Producenci walizek na laptopy powinni wypuścić na rynek wariant ze kieszenią na
żelazko, a najlepiej dodatkowo z miejscem na małą deskę do prasowania.
Ewentualnie pracodawcy mogliby rozważyć instalację w przestrzeni biurowej
kącików do prasowania, na przykład gdzieś koło socjalnego. Albo jeszcze lepiej
na recepcji, żeby móc się ogarnąć zanim napatoczymy się na szefa. A jak to nie
pomoże, to już nie wiem co. Trzeba będzie poprosić celebrytów, żeby zaczęli
paradować w wyświechtanych ciuchach. Po kilku miesiącach społeczeństwo przyjmie
to za obowiązujący z dawien dawna standard i już w ogóle nie trzeba będzie
prasować. Tylko co na to producenci żelazek?
O co tu chodzi? Nic takiego... Po prostu pewien wielkomiejski grafoman zaprasza Cię na literackiego fastfooda.
poniedziałek, 27 lipca 2015
środa, 22 lipca 2015
[Knajpy w klimacie PRL-u], T. II
Tymczasem w drzwiach pojawia
się para w stylu Jay i Cichy Bob. Z tą różnicą, że tu to grubszy, z chińskim
tatuażem w stylu „kurczak w pięciu smakach” na ramieniu, bez przerwy nawija, a
chudy milczy. Może w dzieciństwie zlizywał resztki jedzenia z miksera i kiedyś
zapomniał wyłączyć z gniazdka? W sumie lepiej tak niż ten drugi. Sześćdziesiąt
procent jego wypowiedzi to przekleństwa, raptem jakieś dziesięć różnych słów
wypluwanych bezmyślnie w przypadkowej kolejności. Może to konkurs na
najbardziej wulgarnego człowieka świata a chudy jest od księgi rekordów
Guinessa i wszystko liczy? Wzięli po browarze i usiedli przy stoliku –
szczęśliwie na samym końcu sali. Nie mówię, że jestem święty; też czasem
przeklinam. No ale, kurwa, bez przesady.
Mam nadzieję, że trzy gracje,
które właśnie z rozmachem weszły do lokalu, nie planują uskuteczniać dźwiękowej
inwazji na zwykłych, barowych zamulaczy-piwożłopów. Kroki mają dość
swobodne, lekkie, żeby nie powiedzieć – chwiejne. Szpilki i koturny nie
pomagają. Obcisłe miniówy chyba też. Ale co ja się znam, ani w szpilkach, ani w
miniówach nie chadzam, jestem jakiś mało tęczowy. Dziewczyny już są przy barze.
Komunikacja między nimi niby trwa, ale więcej w tym śmiechów, chichów,
prychnięć, niż słów zdefiniowanych w pewuenowskim Słowniku Języka Polskiego. W
końcu odzywa się czarna. Jak chodzi o trzepotanie rzęsami, blondyny zawsze z
przodu, ale jak trzeba coś zamówić na barze, to najczęściej pierwsza odzywa się
czarna.
- A jakie wino państwo macie?
Cisza. Barmanka (barman znowu
czmychnął na zaplecze) spogląda z wyraźnym poczuciem wyższości.
- Nie mamy wina – odpowiada.
- A co macie?
- Piwo alb wódka. Może być
łiski – kiwa głową w stronę Red Label.
Trzy gracje potrzebują
konsultacji.
„No to, hihi, hehe, to może,
huhu, haha, weźniemy (tu mam okropne ciary na plecach), hihi, tą wódkę
(prychnięcia), ja ją lubię, hihi, i bynajmniej nie jest taka ostra, hue hue.
- To co będzie? – barmanka się
niecierpliwi. Zdaje się, że ma kogoś ważnego na Messengerze w smartfonie.
- To my weźniemy (znowu te
ciary!) wódkę z colom.
- Tylko żeby była light.
Znaczy się cola nie wódka, hihi.
Dopiłem. Patrzę na zegarek –
pekaes podjedzie za pół godziny. Trzeba się powoli zbierać. Żegnam się
grzecznie i zmierzam do wyjścia.
- Pani kierowniczko! – drze
mordę ten wypłosz od trzech kolejek, który nie wiadomo kiedy wrócił. – Jakiś
koleś zerzygał się koło kibla i teraz śpi z gębą w muszli!
Knajpa w klimacie PRL-u. Szare
kredensy, bezstylowe abażury, na ścianie Danuta Rinn i kabaret Tey. Równie
dobrze może to być Wersal, buddyjska pagoda, steampunkowy klubik, domek w
sycylijskim stylu, bollywoodzki salon albo prowincjonalna dyskoteka z
autografami członków zespołu Akcent na ścianie. Nieważne. I tak ktoś wejdzie z
pitbulem bez smyczy, ktoś pokaże stringi, ktoś będzie chlał na umór albo klął
bez końca, komuś wcisną nieświeżą różę, a ktoś zarzyga kibel. A wszystko to
będzie obserwował ktoś przypadkowy, sączący leniwie jedno piwo, pozornie
znudzony, zniesmaczony. Ale trochę jakby... zazdrosny?
czwartek, 16 lipca 2015
[Knajpy w klimacie PRL-u], T. I
Knajpy w klimacie PRL-u
wywołują we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony mam wrażenie, że
wkraczam w późne średniowiecze, w którym telewizor był tylko u sąsiada a numer
na telefonie dosłownie się wykręcało, z drugiej wiem, że sam się w tej -
jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi – epoce, urodziłem. A nawet w jakimś
sensie w niej pomieszkiwałem, gdy za dzieciaka spędzałem wakacje u babci. Bo u
babci sporo PRL-u walało się po kątach.
Tu jest podobnie. Za barem stoją
rzędem drewniane kredensy z odpadającą farbą w kolorze polnej myszy. Na nich
szafki regałowe, w których półki uginają się od ciężaru pospolitych wódek
czystych i najtańszych farbowanych. Za produkt premium robi tu Red Label.
Jeszcze wyżej plakaty: panowie z Czerwonych Gitar w eleganckich marynarach,
Danuta Rinn z piórami, kabaret Tey zaprasza na występy wąsami Bohdana Smolenia,
a Czesław Niemen spogląda tajemniczo spod czarnego kapelusza. Ponad barem
bezstylowe abażury próbują rozświetlić pomieszczenie, ale żarówkom najwyraźniej
brakuje mocy.
Dziewczyna za barem ubrana
współcześnie, jest miła, jest uśmiechnięta – chciałoby się rzec: nie pasuje do
wystroju wnętrza. Z drugiej strony… Może to tylko nam, wychowankom
transformacji, rozpieszczonym hamburgerami popijanymi coca-colą, wydaje się, że
wtedy wszystko było szare i smutne? Piwo smakuje jako tako, kosztowało szóstkę,
więc nie mam wygórowanych oczekiwań. Próbuję rozsiąść się wygodnie na stołku
barowym, ale lite drewniane siedzisko raczej nie współpracuje z moimi
pośladkami. Nieważne, jakoś wytrzymam.
Wchodzi koleś z pitbulem, bez
smyczy, bez kagańca. W pierwszej chwili poczułem się nieswojo, ale ku mojemu
zaskoczeniu pies łasi się do wszystkich, domaga atencji i pieszczot, wesoło
merda ogonem. W końcu bestia podlazła i do mnie – głaskać, nie głaskać? Wygląda
na ogromnie towarzyskiego, ale wystarczy że na chwilę coś mu strzeli do łba i
palce będę zbierał z podłogi. Dobra, pogłaszczę! O, jak się psina cieszy. Nikt
mu jeszcze nie powiedział, że jest maszyną do zagryzania. Laska obok zdaje się
absolutnie zafascynowana zwierzakiem. Tarmosi go za głowę, za uszy, za pysk – z
daleka wyglądałoby to pewnie na próbę samobójczą. Nachyla się mocniej, zbyt
mocno… Ponad linią przetartych dżinsów pojawia się wąska, czarna tasiemka.
Okoliczne samce (te ludzkie) szybko podłapują temat. Są stringi – jest potencjał.
Mimowolnie przyglądam się dokładniej. Ciekawy model, myślę, oryginalne te
zapięcia (rozpięcia?) z tyłu. Praktyczne.
Pies poszedł za bar, a
tymczasem do knajpy wchodzi babulinka z pękiem róż, których świeżość najwyraźniej
zgubiła się po drodze. Najpierw obskakuje pary, nawet udało się coś opylić. Teraz
podchodzi do mnie, nie wiem po jaką cholerę, ale podchodzi.
- Może różyczkę kawaler kupi? –
pyta, niczym Tomasz Dedek Michała Milowicza w „Poranku kojota”.
- Dzięki, nie potrzebuje – nie
brzmię uprzejmie, trudno.
- A może by się przydała? –
drąży temat babsko. – Jak kawaler weźmie, to może coś poderwie.
- Obejdzie się! I bez tego
jestem dobry w podrywaniu. – zamknąłem rozmowę. Nie dodałem tylko, że chodziło
mi o podrywanie dupy z krzesła.
Nieważne, w barze zjawia się
kolejna osobliwość. Wysoki, chudy koleś, z twarzy zupełny wypłosz, ale krok ma
dość pewny. Na głowie sprana czapka z daszkiem, kiedyś chyba granatowa. Podchodzi
do baru, staje tuż obok mnie i ściąga wzrokiem barmana, który przed chwilą
wylazł zza zaplecza. Prosi trzy lufy czystej i oranżadę. Spoglądam w stronę
drzwi, czy jego kumple już wchodzą, ale nikogo nie ma. Wypłosz się nie
patyczkuje. Między pierwszym a ostatnim kieliszkiem mija jakieś dziesięć sekund,
drugie tyle poświęca na popitę. Poprawia czapkę, dziękuje, wychodzi. Barman bez
wzruszenia sprząta szkło.
wtorek, 7 lipca 2015
W końcu tyle się działo
Budzik. Piąta rano. Stuka
palcem w miejsce wyłączenia alarmu. Nie jest łatwo tak po prostu podnieść się z
łóżka o piątek, ale jakoś się udaje. Odbywa szybką toaletę i schodzi do jadalni
na śniadanie, gdzie nikogo o tej porze nie ma. Gotowy do wyjścia, ale sprawdza
jeszcze plecak, czy na pewno wszystko spakowane. Na dworze póki co chłodno, ale
słońce pnie się coraz wyżej; pewnie wkrótce zacznie grzać.
Z trudem rozsuwa zaropiałe
powieki, by spojrzeć na leżący przy łóżku zegarek. Za piętnaście dwunasta,
mógłby jeszcze chwilę pospać. Sen jednak nie powraca, wstaje więc leniwie i
wciąga na nogi spodnie. Idzie do toalety, trzeba się w końcu ogarnąć, nie?
Nawet na urlopie. Wreszcie jest, powiedzmy że gotowy. Schodzi do restauracji,
ale po dwunastej śniadań już nie serwują. Trzeba coś upolować na mieście,
Wychodzi z hotelu, twarz zalewa mu fala gorąca.
Zaczyna się najcięższy
fragment podejścia. Powoli stąpa po wysokich, granitowych stopniach, jeden za
drugim. Czasem szlak jest podniszczony, drobne kamienie osuwają się spod butów,
trzeba uważać, żeby po nich nie zjechać. Podejście staje się coraz bardziej
strome, już widać pierwsze łańcuchy i klamry. Nie tylko nogi będą dziś
potrzebne, teraz także ręce czeka spory wysiłek. Zaczyna się wspinaczka, pot
spływa ciurkiem z czoła, zimna stal łańcucha napręża się dźwięcznie, chropowata
skała wżyna się w dłonie.
Najbliższa sensowna knajpa
znajdowała się dość daleko, ale to w sumie dobrze. Większość drogi pokonał w
cieniu parkowych drzew, a wiadomo jak taki poranny spacer poprawia zdrowie.
Szkoda, że z powrotem musi się męczyć pod górę. Ciężko, naprawdę ciężko…
Zachciało się pojechać dla odmiany w góry, to masz góry – pomyślał. W końcu
widać hotel, jeszcze tylko tych kilkanaście stopni do wejścia. Stając w holu
ciężko dyszy. No, to się przeszedłem! – pomrukuje zadowolony. Wchodzi do pokoju
– chyba się jeszcze na chwilkę położę.
I nagle szczyt. Przestrzeń
otwarła się niespodziewanie na wszystkie strony. Ledwo łapie oddech, trudno
stwierdzić, czy to zadyszka czy zachwyt. Wokół złowieszczo zerodowane granie,
poniżej wylizane przez lodowce doliny, w oddali zaś cała reszta. Miasteczko,
jeszcze wczoraj gwarne i rozbiegane, teraz wydaje się raptem skupiskiem
rozmazanych na horyzoncie pikseli. Stamtąd przyszedłem? – powątpiewa. To kawałek
tego samego świata?
I znowu bąbelki. Cały urlop
mógłby mu upłynąć w mruczącym, buzującym jacuzzi. Dziś czuje się nawet lepiej
niż ostatnio nad morzem: słońce to samo, woda ciepła i czysta, nie zasikana
przez dzieciaki jak w Bałtyku, no i widoki ciekawsze. Dobrze, że pobudowali te termy
– myśli, jest przynajmniej jakaś atrakcja turystyczna. No i góry fajnie stąd wyglądają.
Tylko po co się tam pchać, tak wysoko? – myśli. Nie rozumiem, a przecież ludzie
chodzą.
Ostatnia prosta i wreszcie spomiędzy
drzew wyłania się murowany domek. Może zrzucić plecak ze zmęczonych barków,
pani za barem już czeka. Potrzebuje ledwie chwili, by zdecydować – dziś najlepsza
będzie kwaśnica na żeberku, gęsta od kapusty, że łyżkę można na sztorc postawić.
Do tego zimne piwo; najlepsze na świecie, bo wypite w schronisku po górskiej
wycieczce.
Czuje, jak tłuszcz z golonki
powoli ścieka mu po brodzie. Dobrze górale przypiekają, oj dobrze! A do tego w
tej knajpie podają całkiem słuszne porcje. Wczoraj trafił gorzej, wczoraj się
nie najadł. A tu – choćby promocja na piwo zachęca do ponownych odwiedzin. Może
nie jutro, jutro pójdzie na pizzę, ale raczej tu wróci. Kelner! Jeszcze jeden
kufelek poproszę!
Zwija poduszkę w nieforemną
bryłę, lubi gdy głowa leży nieco wyżej. Oczy same się zamykają. To normalne po
tak intensywnym dniu.
W końcu tyle się działo.
wtorek, 30 czerwca 2015
Kocie sprawy
Nie ma to jak kotka. A
najlepiej dwie, przecież jedna będzie się nudzić… Mrukliwe, futrzaste baby z
wąsami, prawie jak Conchita, ale mają jednak w sobie dość godności, by nie
śpiewać na Eurowizji. Z rana (a rano dla kotek to piąta, wpół do szóstej
najpóźniej) wpakują ci się do łóżka i wyjadą z dyńki – ot, taki koci znak
pokoju i miłości. Ale spróbuj tylko odwdzięczyć się w ciągu dnia, kiedy akurat
byczą się na posłaniu drapaka. Ofukną cię stanowczo, bo niby jakim prawem
przerywasz ich drzemkę, zaledwie trzecią tego dnia?! Koty przesypiają ponoć sześćdziesiąt
procent doby. Tym bardziej zaskakuje skala chaosu, który w pozostałym czasie
aktywności potrafią rozpętać na całej dostępnej dla nich przestrzeni.
Prosty przykład. Na blacie w
kuchni, zawinięta w plastikową torebkę śniadaniową, leżała kajzerka. Stara, czerstwa,
zapomniana, czekała aż łaskawa ręka skruszy ją i podkarmi przypadkową gromadę
gołębi koczujących pod blokiem. Nie doczekała się. Wracam do domu, pozornie wszystko
wygląda normalnie. Kotki wylegują się leniwie w przypadkowych miejscach, jedna
rozłożona jak płaszczka na podłodze pod drzwiami balkonu, druga zwisająca
niedbale tylnymi łapkami z krzesła obrotowego. Norma. Wchodzę więc do mojego
pokoju i… otwieram szeroko oczy.
Kapa na łóżku podwinięta, na
niej i wokół mnóstwo okruchów, na środku zaś leży poobgryzana ze wszystkich
stron obeschnięta kajzerka. A w mojej głowie pomieszanie złości,
niedowierzania, podziwu i strachu. Złość, bo cały ten syf trzeba będzie
sprzątnąć. Niedowierzanie, bo koty jakimś cudem zorganizowały logistykę
pozwalającą na przeniesienie całej zasuszonej kajzerki z blatu kuchennego na
moje łóżko. Podziw z tego samego mniej więcej powodu – rozumiem, że zrzuciły
bułę na podłogę, ale jak do cholery władowały ją na moje łóżko?! Strachu, bo jeśli
wpadły na tak abstrakcyjny z mojego punktu widzenia koncept, to lepiej nie
myśleć, na jak zwichrowane pomysły mogą jeszcze wpaść.
Co było robić – przecież nie
zagonię kotów do sprzątania. Wyciągnąłem odkurzacz – odrobina słodkiej zemsty, bo
one nie znoszą tego ryku – i sprzątnąłem rozkruszone pieczywo z łóżka.
Podobnych wydarzeń było już
kilka. Ale tak jak łatwo sprzątnąć kajzerkę, tak i łatwo zebrać rozlaną wodę z
szuflady, albo kupić nowe słuchawki. Kiedy jednak na spokojnie analizuję kocie
zestawienie zysków i strat, nasuwa się jeden zasadniczy wniosek. Warto było
adoptować!
sobota, 27 czerwca 2015
Esmeralda
Czego poszukujesz, Esmeraldo?
Wyłowić cię z tłumu nigdy nie
stanowi problemu. Wystarczy, że zamkniesz swą marmurową figurę, tę porcelanową
talię wyprofilowaną zgodnie z najwyższymi standardami Unii Europejskiej, w
jakąś zgrabną, nie za długą sukienkę. Oto jesteś, żywiołowo migający punkt na
dziesiątkach samczych radarów. Oni już sposobią się do ofensywy, ale to
przecież ty decydujesz, kto podpłynie blisko, a kto w swej naiwności nadzieje
się na minę.
Wybierasz, jak się wybiera
jogurt w hipermarkecie. Jaka marka, jaki wariant, jaki smak, jaka pojemność,
czy ze zbożem, z owocami, czy może jednak fit. Cała lodówka szczerzy się przed
tobą zadziwiającą gamą nienaturalnych uśmiechów, pręży muskuły (jeśli są) i
rzuca zaczepne spojrzenia. Ciebie nie interesują promocje, nie spoglądasz na
marki własne w dyskontowych cenach. Liczy się tylko towar premium. Najlepiej bezglutenowy,
bezcukrowy, taki, przy produkcji którego nie pracują dzieci poniżej piętnastego
roku życia, ani nie wycina się lasów tropikalnych, przebadany i zatwierdzony
przez Polskie Towarzystwo Dietetyki Sportowej. Bo to ty wybierasz.
Wtedy podchodzisz i spoglądasz
mu w oczy. Potrzebny ci zaledwie jeden błysk spod gęstych, grubo tuszowanych Armani
Black Ecstasy rzęs. On już wie, że został wybrany. To jego kolektura okazała
się szczęśliwa, to jego wybrało czterdzieści pięć kulek po tym, jak nastąpiło
zwolnienie blokady. Wystarczy dosłownie jeden błysk spod zacieniowanej Chanel
Les 4 Ombres powieki, a on już wskakuje do wózka, już jedzie w stronę kas.
Zaczynacie nieśmiało, jak
dziecko próbujące nieporadnie rozbujać huśtawkę. On wie, że wygrał, ale
niezupełnie jeszcze ma pomysł, co zrobić z tak nagle nabytą fortuną. Nie
naciskasz. Niech przejmie inicjatywę, a właściwie niech mu się wydaje, że
przejął. Niech nabierze pewności, niech się w niej zatraci. Każdego zwycięzcę
pochłonie w końcu pewność siebie. Huśtawka wychyla się coraz bardziej,
amplituda drgań rośnie. Wasze ciała splatają się z coraz większą zawziętością.
Chodzi o to, aby powierzchnia styku była jak największa. Dłonie skanują barki,
ramiona, łopatki, biodra, krzyż i niżej – złośliwość Boga, że człowiek ma je
tylko dwie. Zespalacie się w uścisku, łapczywie sklejacie naskórkiem,
dyfundujecie w sobie nawzajem.
Usta w końcu musiały się
spotkać. Udało się. Potrzebowaliście rozciągniętych w nieskończoność minut
poszukiwań, momentów gorzkiego zwątpienia i frustracji, dziesiątek nietrafionych
mlaśnięć i cmoknięć. Wreszcie los okazał się łaskawy. Przynajmniej dla niego;
przecież ty, Esmeraldo, dokładnie wiedziałaś kiedy i jak to nastąpi. To ty
zarządzasz losem, kreujesz los, ustawiasz jego harmonogram i decydujesz, kiedy
nastąpi przejście do kolejnego etapu. W końcu pozwalasz jego spierzchniętym i
zmęczonym przez tęskne poszukiwania ustom odnaleźć ciebie. Ileż radości pulsuje
nagle w tych mięsistych, nieco słonawych, pokrytych lekko złuszczającą się
skórą workach, gdy niby przypadkowo przytrafi im się nagle delikatne muśnięcie o
smaku pomadki Chanel Rouge Coco. Oto koniec tułaczki. Oto Ziemia Obiecana, nieważne
Kanaan czy Łódź.
Później wszystko dzieje się już
bardzo szybko. Incydentalne spotkania dwóch obcych sobie warg z dyskretnych
skubnięć bardzo szybko przechodzą w łapczywy taniec hedonizmu. On wariuje, ty
udajesz, że za jego wariactwem nadążasz. Czas jakiś trwacie w epileptycznym
zwarciu; dłonie wygniatają koszulę i sukienkę. Języki odbijają się od siebie,
zębów i podniebienia, knagujecie je zawzięcie, mocno. Ten węzeł nie może
puścić!
W końcu następuje konkretna
decyzja. Szybko wychodzicie z klubu. Taksówka oczywiście czeka, o tej porze
nigdy ich nie brakuje. Kierunek jest prosty – do niego. Jedziecie sczepieni jak
dwa płaskie klocki Lego, ale taksówkarz ma to gdzieś. Dla niego to kurs jak co
sobotę. Czujesz, jak twój produkt emanuje szczęściem i sukcesem, tak jakby
jogurt mógł cieszyć się, że został włożony do koszyka klienta.
Dla ciebie też jest ok. Znowu się udało. Jak zwykle -
znalazłaś, co chciałaś.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Wszystko masz!
Czego jeszcze potrzebujesz?
Przecież wszystko masz.
Dobrą robotę masz, w dużej
firmie. Kasa się zgadza, a jak dowieziesz targety, to już w ogóle jest fajnie. Biuro
masz ładne, nowoczesne; są ergonomiczne fotele i ekspres do kawy na kapsułki.
Siedem różnych smaków! O jedenastej zawsze wpadnie pan kanapka z czymś dobrym,
a co drugi dzień sushi. Szefa masz całkiem spoko, gość co chwilę w delegacji;
zjazdy, konferencje… Nie przeszkadza Ci na co dzień. Masz pokój do czilautu,
automat z batonikami i soki owocowe w socjalnym. No i ta klimatyzowana winda –
prawdziwy wypas!
Mieszkanko też masz przecież
niczego sobie. Siedemdziesiąt metrów to chyba akurat dla singla? Fajnie
urządzone, twój architekt naprawdę dobrze sobie to wszystko wymyślił. Przejście
z kuchni do jadalni – pierwsza klasa! Dobrze, że zdecydowałeś się na te
stylowe, włoskie meble – tanie nie były, ale zarąbiście pasują do całego
mieszkania. No po prostu klasa! Wiadomo, jeszcze parę latek musisz się pobujać
z kredytem, ale warto było. Dzisiaj każdy chce mieszkać w Wilanowie.
Brykę masz dobrą, elegancką,
wygodną, szybką. Ile potrzebujesz do setki? Siedem sekund? Sześć i pół?
Tapicerka skórzana - wiadomo, tak musi być - ale wykonanie naprawdę pierwsza
klasa. W końcu niemiecka doskonałość. Aż szkoda tyłka z fotela podnosić, jak
trzeba wysiadać. Autko dobrze się prowadzi, nie szarpie, nie wywija numerów.
Wiadomo, że służbowe, to nie to co własne, ale i tak jeździsz ile chcesz, kilometrówek
nikt nie sprawdza, no i za wszystkie te serwisy, przeglądy płaci firma.
Wakacje zawsze spędzasz w
topowych miejscach. Nie jakieś tam Włochy, Chorwacje, Grecje czy Teneryfy,
gdzie tylko plebs jeździ. Nie jakieś Egipty, Maroka i Tunezje, gdzie strach
wyjrzeć przez okno z pokoju, bo cię zaraz zastrzelą. Ty jeździsz stylowo,
modnie, tak jak się teraz jeździ. W zeszłym roku Dominikana, dwa lata temu Sri
Lanka a w tym? No właśnie! Vanuatu, bracie, to jest miejsce na wakacje! Świetny
wybór. Słyszałem, że miejscowe panienki strasznie lecą na Europejczyków. All
inclusive, stary! All inclusive!
Tu zresztą też masz życie, jak
pan! Co weekend imprezka, tylko najlepsze kluby. Lada moment na Mazowieckiej
zaczną rozwijać czerwony dywan, jak tylko zobaczą, że wysiadasz z taksy! Karki
z ochrony kłaniają ci się w pas. Wystarczy, że machniesz im przed oczami swoją
kartą vipowską. Masz wszystko, driny, muzę, a jak ci się zachce, to diler
jointy w zębach przynosi. Wie, że ma do czynienia z biznes klasą! A laski
ustawiają się w szeregu i organizują między sobą casting na to, która ma dziś
na ciebie wyłączność
Ogólnie masz pełen luz - zero
zobowiązań, stary. Nikt ci nie powie, że krzywo pościeliłeś łóżko, albo
niedokładanie wyszczotkowałeś muszlę klozetową. Dla nikogo nie wracasz za późno
do domu. Dla nikogo nie siedzisz za długo pod prysznicem. Dla nikogo za głośno
nie pierdzisz, nie oglądasz meczu za długo, nie zjadasz o jednego hamburgera za
dużo, ani nie wypijasz o jedno piwo za dużo. Sam decydujesz, kiedy wyrzucić
śmieci, a kiedy nakarmić rybki. Masz nad tym wszystkim władzę, stary, sam
wszystkim rządzisz! Nikt cię nie strofuje, nie napomina, nie pilnuje, bo nikogo
takiego nie masz! Nie masz nikogo takiego i już!
I sam widzisz, stary, że kto
jak kto, ale ty to wszystko masz…
Subskrybuj:
Posty (Atom)