wtorek, 11 sierpnia 2015

Muza gra

Najważniejsze, że muzyka gra. Błogosławieństwo internetu – mogę włączyć cokolwiek i leci. Stare hity albo współczesne głupoty – tak naprawdę jest mi wszystko jedno, byle zabijało ciszę, byle tłumiło te wszystkie bezmyślne myśli. Jadę autobusem – nieważne. Mam smartfona, jest tak bardzo smart, że myśli za mnie, puszczam muzę, cokolwiek, byle szybciej zleciało. Jedzie fajny numer, znam to z radia. Najlepsze kawałki to te, które już gdzieś kiedyś słyszałem. Bo z nowymi bywa różnie, czasem trafi się niezły, ale zazwyczaj… okazuje się, że te stare były lepsze.
Teraz mogę robić cokolwiek. Przeglądać, skrolować, bukmarkować, szerować, lajkować, disować  hejtować, mogę o tym zatłitować, wrzucić na insta, albo posłać ziomkom snapa. Jestem panem nowej rzeczywistości, samozwańczym Dymitrem wirtualu, który może dowolnie przymierzać dziesiątki wariantów czapek monomacha, aż wreszcie ktoś da mu na którąś porządny discount. Mam pod ręką power and play, a także forward, rewind i eject – jestem demiurgiem dźwiękowej czasoprzestrzeni, zaklinaczem wiolinowego, nieuchwytnego tu i teraz.
Każdy może zostać kompozytorem, każdy może zostać didżejem, albo puszczaczem przebojów. Zabawę definiują hity; przede wszystkim te bieżące, sygnowane przez główne stacje radiowe. Jeśli jeżozwierz zrzyga się na żywo na antenie Radia Zet, to za dwa tygodnie będzie numerem jeden w Empiku, z singlem, którego nigdy nie nagrał, z wizją artystyczną, której nigdy nie miał, z artworkiem, który jakiś student wymyślił po godzinach za dziewięć pięćdziesiąt brutto.
Zresztą, to bez znaczenia. Wszyscy pragniemy zostać gwiazdami rocka, mieć elektryczne gitary i móc wywrzaskiwać wulgaryzmy w stronę wielotysięcznych tłumów, które będą nam za to biły brawa swymi spoconymi łapskami. A u szczytu kariery chcielibyśmy nagrać przesmutną balladę o kokainie, seksie i drewnianym domku nad rzeczką, w którym wydarzyło się wszystko to, o czym kiedyś baliśmy się marzyć. Nieważne. Z kariery rockmana została tylko stara gitara z pozrywanymi strunami. Zostało wspomnienie fałszywych akordów akompaniujących kiełbasie na patyku, gdy komary kąsały po kostkach, a nietrzeźwi koledzy gasili ognisko strumieniem piwnego moczu.
Wszystko jest smart. Jutub w sposób smart wybiera dla mnie kolejne numery. Sam je puszcza, nic nie muszę klikać. Wie najlepiej, co mi się teraz spodoba, trochę się w końcu znamy. Z konta na jutubie niejeden rodzic mógłby wreszcie poznać własne dziecko. Gdyby oczywiście chciał, czasem lepiej nie wiedzieć z kim właściwie mieszka się pod jednym dachem. Dzisiejsi nastolatkowie są mikrojutubami, mają swoje kanały, rzeczy ulubione i nielubiane, subskrybentów codzienności, komentarze (w tym hejt, co hejt musi być wszędzie, frajerzy!), a wszystko w zdigitalizowanej paczce, żeby starym było trudniej.

Muzyka dalej gra, niewolna od paradoksów, z jednej strony zapętlona jak własne myśli, jak kroki pijanego, z drugiej prosta jak zakupy w dyskoncie. Kiedyś kończyła się płyta, igła wypadała z rowka, adapter milkł a wokół zalegała cisza. Dziś można puścić muzę, ktoś w tym czasie urodzi się, dojrzeje, umrze i zgnije, automat i tak włączy następny kawałek.  

czwartek, 6 sierpnia 2015

Pasmo Jaworzyny

Nowy Sącz o godzinie piątej dwadzieścia nie jest światową stolicą spotkań w plenerze, to nie Bulwary Wiślane w Warszawie. Niemal niezauważony przez tutejszych przemknąłem na przedmieścia podążając zielonym szlakiem. Okazało się, że centrum miasta dzieli od gór (tych bez asfaltu, zgrabnych domków i słupów wysokiego napięcia) całkiem spora odległość. Szczęśliwie, droga oferuje sporo atrakcji: dzikie koty, ujadające psy próbujące przesadzić ogrodzenie, by pożreć żywcem przypadkowego turystę, wreszcie krowy, niewydojone i muczące. Kto w ogóle wymyślił, że kogut zwiastuje poranek? Czemu nie rycząca krowa?
Po kilku latach spędzonych niemalże tylko w Tatrach, Beskidy zaskakują na wiele sposobów. Jest łagodnie, nieskaliście, bez przepaści, bez wysokich stopni, bez ludzi… To ostatnie zaskakuje najbardziej. Dochodząc do Hali Łabowskiej spotkałem trzy grupki turystów: czterech gości biwakujących na szlaku, dwoje studentów (jeśli nie licealistów) i małżeństwo po czterdziestce. Poza tym kilkunastu autochtonów obojga płci zbierających jagody. Oto frekwencja w słoneczną sobotę letniego weekendu na głównym szlaku w Beskidzie Sądeckim! Przez dwie godziny! Tyle co na trzech metrach kwadratowych nad Morskim Okiem o dwunastej w południe!
Schronisko na Hali Łabowskiej ugościło mnie tym, co miało najlepszego: parzoną kawą, naleśnikami z jagodami (doprawdy zajebistymi!) i zimnym piwem. Przesiedziałem tam ponad godzinę, tak bardzo nie chciało mi się donikąd spieszyć. W końcu ruszyłem w dalszą drogę, przyjemnym duktem na Runka i na Jaworzynę Krynicką.
Jaworzyna, jak przystało na górę, na którą poprowadzono kolejkę linową, przywitała mnie zasiedziałym w okolicznych ośmiu knajpach tłumem. Byłem na to gotowy. Od dawna wszak wiadomo, że kolejki linowe generują ogromny ruch (wersja dla korporacjuszy: traffic). Ponoć Lucyfer osobiście zarządził budowę podobnej kolejki do piekła. Jak donoszą media, konstrukcja ta, pomimo nowoczesnej technologii i rekordowej przepustowości, nie zawsze nadąża za popytem.
Zejście z Jaworzyny do Krynicy przysporzyło mi pewnych trudności orientacyjnych. Szczęśliwie udało mi się jednak nie przegapić Diabelskiego Kamienia. Z miejscem tym wiążą się pewne legendy. Najpopularniejsza mówi o mezaliansie, jaki narodził się między pewnym rycerzem z Muszyny a ubogą pastereczką, o cudownym źródle, którym owa pasterka obmyła poważne rany swego kochanka, i o czarcie, który z samiuśkich Tatr niósł kawał głazu, by zakryć cudowne źródełko, i który ów głaz tuż przed osiągnięciem celu upuścił (i jak tu się bać piekła, skoro diabeł taka gapa?). Ja najgorliwiej wierzę natomiast w inną przypowieść, mianowicie w tę, wedle której kretyn, który zabazgrał skałę sprejem, będzie w ramach pokuty siedem lat chorował na dezynterię, a potem zostanie impotentem.
Ale oto już widzę dachy krynickich pensjonatów, już czuję aromat miejscowej pijalni z wodą „Zuber” na czele. Kuracjusze spacerują leniwie po centralnym deptaku, miejskie ptactwo biega za nimi w poszukiwaniu resztek ludzkiego żarcia, gołębiej manny z plecaka albo torebki. Muszla koncertowa stoi pusta, ale na banerach obok Jan Kiepura – niezmiennie od dziewięćdziesięciu lat. 
To koniec mojej wycieczki, zaraz podjedzie pekaes i powiezie mnie z powrotem na niziny. Główny Szlak Beskidzki biegnie natomiast dalej, na Huzary, Mochnaczkę, na Beskid Niski i wreszcie w Bieszczady. W głowie zaś rodzi się szalona myśl: a gdyby tak to wszystko naraz…

wtorek, 4 sierpnia 2015

schemat

…zgaś lampkę, zaśnij,

obudź się wyspany, wyłącz tryb drzemki, wstań, wykonaj poranną gimnastykę, zjedz pożywne śniadanie, pełnoziarniste pieczywo, dużo węglowodanów, jakiś owoc albo jogurt, wyjdź z dom punktualnie, nie stój w korku, nie przepychaj się w komunikacji miejskiej, nie krzycz na współpasażerów, dojedź na czas, dojedź przed czasem, zrób sobie lekką kawę, sprawdź pocztę, przejrzyj kalendarz na dzisiaj, bądź punktualny, idź na spotkanie, trzymaj się agendy, dopuszczaj innych do głosu, wyciągnijcie wnioski i spiszcie minutki, zakończ o czasie, nie spóźnij się na kolejne, miej czas na papierkową robotę, odpisz na miale, odpowiedz na telefony, zjedz owoc, spotkaj się z przełożonym, poświęć czas podwładnym, zjedz lunch, w pokoju, powoli, zdrowy, nietłusty, niech tam będą warzywa, popij wodą mineralną, porozmawiaj ze współpracownikami, bądź miły, zadawaj pytania, nie wychodź na papierosa, odpisz na maile, odpowiedz na telefony, potwierdź spotkania (jeśli możesz w nich uczestniczyć), odrzuć spotkania (jeśli nie możesz), domknij bieżące sprawy, pożegnaj się z zespołem, bądź miły, nie stój w korku, nie przepychaj się w komunikacji miejskiej, nie krzycz na współpasażerów, z uśmiechem powitaj żonę, powiedz że pięknie wygląda, uściskaj dzieci, zapytaj co w szkole, pogłaszcz psa, zjedz banana albo zbożowy batonik, przebierz się, idź pobiegać, nie przesadź, zrób zakupy, pamiętaj o zbożowych batonikach dla dzieci, i dla siebie, i o kremie na noc dla żony, weź sobie zimne piwko, ale tylko jedno!, z uśmiechem powitaj żonę, weź prysznic, sprzątnij kocią kuwetę, umyj ręce, zjedz kolację, z żoną i dziećmi, powiedz że bardzo ci smakuje, ucałuj żonę, pobaw się z dziećmi, ułóż je do snu, sprawdź pocztę na służbowym telefonie, wypij piwko, obejrzyj serial, przytul się do żony, umyj zęby, połóż się do łóżka, poczytaj książkę przed snem, pocałuj żonę, odbądźcie stosunek seksualny, powiedz żonie że ją kochasz, zgaś lampkę, zaśnij,

obudź się wyspany, wyłącz tryb drzemki, wstań, wykonaj poranną gimnastykę, zjedz pożywne śniadanie…

poniedziałek, 27 lipca 2015

Autobusy i żelazka

Autobus podjeżdża na przystanek, kierowca otwiera drzwi, następuje zwolnienie blokady. Wyprasowane bluzki i koszule przesuwają się coraz bliżej i bliżej, najpierw nieśmiało muskają, potem stykają coraz większymi powierzchniami, aż w końcu, gdzieś w tej przeklętej przestrzeni między progiem a kasownikiem, następuje masowe mięcie, zbiorowe samobójstwo porannych prasowań. Nieważne ile czasu dopieszczałeś żelazkiem rękawy, zagięcie zaraz się pojawi, na lewym albo prawym, a może na obu naraz. Jak nie rękaw to plecy, bo ktoś z tyłu napiera, bo na niego też ktoś napiera, bo na tamtego napierają dwie kolejne.  A jak jesteś niewysoka i drobna najlepiej w ogóle zrezygnuj z prasowania, bo wygniotą cię z każdej strony, nawet od góry. Albo woź ze sobą żelazko. Producenci walizek na laptopy powinni wypuścić na rynek wariant ze kieszenią na żelazko, a najlepiej dodatkowo z miejscem na małą deskę do prasowania. Ewentualnie pracodawcy mogliby rozważyć instalację w przestrzeni biurowej kącików do prasowania, na przykład gdzieś koło socjalnego. Albo jeszcze lepiej na recepcji, żeby móc się ogarnąć zanim napatoczymy się na szefa. A jak to nie pomoże, to już nie wiem co. Trzeba będzie poprosić celebrytów, żeby zaczęli paradować w wyświechtanych ciuchach. Po kilku miesiącach społeczeństwo przyjmie to za obowiązujący z dawien dawna standard i już w ogóle nie trzeba będzie prasować. Tylko co na to producenci żelazek?


środa, 22 lipca 2015

[Knajpy w klimacie PRL-u], T. II

Tymczasem w drzwiach pojawia się para w stylu Jay i Cichy Bob. Z tą różnicą, że tu to grubszy, z chińskim tatuażem w stylu „kurczak w pięciu smakach” na ramieniu, bez przerwy nawija, a chudy milczy. Może w dzieciństwie zlizywał resztki jedzenia z miksera i kiedyś zapomniał wyłączyć z gniazdka? W sumie lepiej tak niż ten drugi. Sześćdziesiąt procent jego wypowiedzi to przekleństwa, raptem jakieś dziesięć różnych słów wypluwanych bezmyślnie w przypadkowej kolejności. Może to konkurs na najbardziej wulgarnego człowieka świata a chudy jest od księgi rekordów Guinessa i wszystko liczy? Wzięli po browarze i usiedli przy stoliku – szczęśliwie na samym końcu sali. Nie mówię, że jestem święty; też czasem przeklinam. No ale, kurwa, bez przesady.
Mam nadzieję, że trzy gracje, które właśnie z rozmachem weszły do lokalu, nie planują uskuteczniać dźwiękowej inwazji na zwykłych, barowych zamulaczy-piwożłopów. Kroki mają dość swobodne, lekkie, żeby nie powiedzieć – chwiejne. Szpilki i koturny nie pomagają. Obcisłe miniówy chyba też. Ale co ja się znam, ani w szpilkach, ani w miniówach nie chadzam, jestem jakiś mało tęczowy. Dziewczyny już są przy barze. Komunikacja między nimi niby trwa, ale więcej w tym śmiechów, chichów, prychnięć, niż słów zdefiniowanych w pewuenowskim Słowniku Języka Polskiego. W końcu odzywa się czarna. Jak chodzi o trzepotanie rzęsami, blondyny zawsze z przodu, ale jak trzeba coś zamówić na barze, to najczęściej pierwsza odzywa się czarna.
- A jakie wino państwo macie?
Cisza. Barmanka (barman znowu czmychnął na zaplecze) spogląda z wyraźnym poczuciem wyższości.
- Nie mamy wina – odpowiada.
- A co macie?
- Piwo alb wódka. Może być łiski – kiwa głową w stronę Red Label.
Trzy gracje potrzebują konsultacji.
„No to, hihi, hehe, to może, huhu, haha, weźniemy (tu mam okropne ciary na plecach), hihi, tą wódkę (prychnięcia), ja ją lubię, hihi, i bynajmniej nie jest taka ostra, hue hue.
- To co będzie? – barmanka się niecierpliwi. Zdaje się, że ma kogoś ważnego na Messengerze w smartfonie.
- To my weźniemy (znowu te ciary!) wódkę z colom.
- Tylko żeby była light. Znaczy się cola nie wódka, hihi.
Dopiłem. Patrzę na zegarek – pekaes podjedzie za pół godziny. Trzeba się powoli zbierać. Żegnam się grzecznie i zmierzam do wyjścia.
- Pani kierowniczko! – drze mordę ten wypłosz od trzech kolejek, który nie wiadomo kiedy wrócił. – Jakiś koleś zerzygał się koło kibla i teraz śpi z gębą w muszli!
Knajpa w klimacie PRL-u. Szare kredensy, bezstylowe abażury, na ścianie Danuta Rinn i kabaret Tey. Równie dobrze może to być Wersal, buddyjska pagoda, steampunkowy klubik, domek w sycylijskim stylu, bollywoodzki salon albo prowincjonalna dyskoteka z autografami członków zespołu Akcent na ścianie. Nieważne. I tak ktoś wejdzie z pitbulem bez smyczy, ktoś pokaże stringi, ktoś będzie chlał na umór albo klął bez końca, komuś wcisną nieświeżą różę, a ktoś zarzyga kibel. A wszystko to będzie obserwował ktoś przypadkowy, sączący leniwie jedno piwo, pozornie znudzony, zniesmaczony. Ale trochę jakby... zazdrosny?

czwartek, 16 lipca 2015

[Knajpy w klimacie PRL-u], T. I

Knajpy w klimacie PRL-u wywołują we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony mam wrażenie, że wkraczam w późne średniowiecze, w którym telewizor był tylko u sąsiada a numer na telefonie dosłownie się wykręcało, z drugiej wiem, że sam się w tej - jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi – epoce, urodziłem. A nawet w jakimś sensie w niej pomieszkiwałem, gdy za dzieciaka spędzałem wakacje u babci. Bo u babci sporo PRL-u walało się po kątach.
Tu jest podobnie. Za barem stoją rzędem drewniane kredensy z odpadającą farbą w kolorze polnej myszy. Na nich szafki regałowe, w których półki uginają się od ciężaru pospolitych wódek czystych i najtańszych farbowanych. Za produkt premium robi tu Red Label. Jeszcze wyżej plakaty: panowie z Czerwonych Gitar w eleganckich marynarach, Danuta Rinn z piórami, kabaret Tey zaprasza na występy wąsami Bohdana Smolenia, a Czesław Niemen spogląda tajemniczo spod czarnego kapelusza. Ponad barem bezstylowe abażury próbują rozświetlić pomieszczenie, ale żarówkom najwyraźniej brakuje mocy.
Dziewczyna za barem ubrana współcześnie, jest miła, jest uśmiechnięta – chciałoby się rzec: nie pasuje do wystroju wnętrza. Z drugiej strony… Może to tylko nam, wychowankom transformacji, rozpieszczonym hamburgerami popijanymi coca-colą, wydaje się, że wtedy wszystko było szare i smutne? Piwo smakuje jako tako, kosztowało szóstkę, więc nie mam wygórowanych oczekiwań. Próbuję rozsiąść się wygodnie na stołku barowym, ale lite drewniane siedzisko raczej nie współpracuje z moimi pośladkami. Nieważne, jakoś wytrzymam.
Wchodzi koleś z pitbulem, bez smyczy, bez kagańca. W pierwszej chwili poczułem się nieswojo, ale ku mojemu zaskoczeniu pies łasi się do wszystkich, domaga atencji i pieszczot, wesoło merda ogonem. W końcu bestia podlazła i do mnie – głaskać, nie głaskać? Wygląda na ogromnie towarzyskiego, ale wystarczy że na chwilę coś mu strzeli do łba i palce będę zbierał z podłogi. Dobra, pogłaszczę! O, jak się psina cieszy. Nikt mu jeszcze nie powiedział, że jest maszyną do zagryzania. Laska obok zdaje się absolutnie zafascynowana zwierzakiem. Tarmosi go za głowę, za uszy, za pysk – z daleka wyglądałoby to pewnie na próbę samobójczą. Nachyla się mocniej, zbyt mocno… Ponad linią przetartych dżinsów pojawia się wąska, czarna tasiemka. Okoliczne samce (te ludzkie) szybko podłapują temat. Są stringi – jest potencjał. Mimowolnie przyglądam się dokładniej. Ciekawy model, myślę, oryginalne te zapięcia (rozpięcia?) z tyłu. Praktyczne.
Pies poszedł za bar, a tymczasem do knajpy wchodzi babulinka z pękiem róż, których świeżość najwyraźniej zgubiła się po drodze. Najpierw obskakuje pary, nawet udało się coś opylić. Teraz podchodzi do mnie, nie wiem po jaką cholerę, ale podchodzi.
- Może różyczkę kawaler kupi? – pyta, niczym Tomasz Dedek Michała Milowicza w „Poranku kojota”.
- Dzięki, nie potrzebuje – nie brzmię uprzejmie, trudno.
- A może by się przydała? – drąży temat babsko. – Jak kawaler weźmie, to może coś poderwie.
- Obejdzie się! I bez tego jestem dobry w podrywaniu. – zamknąłem rozmowę. Nie dodałem tylko, że chodziło mi o podrywanie dupy z krzesła.

Nieważne, w barze zjawia się kolejna osobliwość. Wysoki, chudy koleś, z twarzy zupełny wypłosz, ale krok ma dość pewny. Na głowie sprana czapka z daszkiem, kiedyś chyba granatowa. Podchodzi do baru, staje tuż obok mnie i ściąga wzrokiem barmana, który przed chwilą wylazł zza zaplecza. Prosi trzy lufy czystej i oranżadę. Spoglądam w stronę drzwi, czy jego kumple już wchodzą, ale nikogo nie ma. Wypłosz się nie patyczkuje. Między pierwszym a ostatnim kieliszkiem mija jakieś dziesięć sekund, drugie tyle poświęca na popitę. Poprawia czapkę, dziękuje, wychodzi. Barman bez wzruszenia sprząta szkło.

wtorek, 7 lipca 2015

W końcu tyle się działo

Budzik. Piąta rano. Stuka palcem w miejsce wyłączenia alarmu. Nie jest łatwo tak po prostu podnieść się z łóżka o piątek, ale jakoś się udaje. Odbywa szybką toaletę i schodzi do jadalni na śniadanie, gdzie nikogo o tej porze nie ma. Gotowy do wyjścia, ale sprawdza jeszcze plecak, czy na pewno wszystko spakowane. Na dworze póki co chłodno, ale słońce pnie się coraz wyżej; pewnie wkrótce zacznie grzać.
Z trudem rozsuwa zaropiałe powieki, by spojrzeć na leżący przy łóżku zegarek. Za piętnaście dwunasta, mógłby jeszcze chwilę pospać. Sen jednak nie powraca, wstaje więc leniwie i wciąga na nogi spodnie. Idzie do toalety, trzeba się w końcu ogarnąć, nie? Nawet na urlopie. Wreszcie jest, powiedzmy że gotowy. Schodzi do restauracji, ale po dwunastej śniadań już nie serwują. Trzeba coś upolować na mieście, Wychodzi z hotelu, twarz zalewa mu fala gorąca.
Zaczyna się najcięższy fragment podejścia. Powoli stąpa po wysokich, granitowych stopniach, jeden za drugim. Czasem szlak jest podniszczony, drobne kamienie osuwają się spod butów, trzeba uważać, żeby po nich nie zjechać. Podejście staje się coraz bardziej strome, już widać pierwsze łańcuchy i klamry. Nie tylko nogi będą dziś potrzebne, teraz także ręce czeka spory wysiłek. Zaczyna się wspinaczka, pot spływa ciurkiem z czoła, zimna stal łańcucha napręża się dźwięcznie, chropowata skała wżyna się w dłonie.
Najbliższa sensowna knajpa znajdowała się dość daleko, ale to w sumie dobrze. Większość drogi pokonał w cieniu parkowych drzew, a wiadomo jak taki poranny spacer poprawia zdrowie. Szkoda, że z powrotem musi się męczyć pod górę. Ciężko, naprawdę ciężko… Zachciało się pojechać dla odmiany w góry, to masz góry – pomyślał. W końcu widać hotel, jeszcze tylko tych kilkanaście stopni do wejścia. Stając w holu ciężko dyszy. No, to się przeszedłem! – pomrukuje zadowolony. Wchodzi do pokoju – chyba się jeszcze na chwilkę położę.
I nagle szczyt. Przestrzeń otwarła się niespodziewanie na wszystkie strony. Ledwo łapie oddech, trudno stwierdzić, czy to zadyszka czy zachwyt. Wokół złowieszczo zerodowane granie, poniżej wylizane przez lodowce doliny, w oddali zaś cała reszta. Miasteczko, jeszcze wczoraj gwarne i rozbiegane, teraz wydaje się raptem skupiskiem rozmazanych na horyzoncie pikseli. Stamtąd przyszedłem? – powątpiewa. To kawałek tego samego świata?
I znowu bąbelki. Cały urlop mógłby mu upłynąć w mruczącym, buzującym jacuzzi. Dziś czuje się nawet lepiej niż ostatnio nad morzem: słońce to samo, woda ciepła i czysta, nie zasikana przez dzieciaki jak w Bałtyku, no i widoki ciekawsze. Dobrze, że pobudowali te termy – myśli, jest przynajmniej jakaś atrakcja turystyczna. No i góry fajnie stąd wyglądają. Tylko po co się tam pchać, tak wysoko? – myśli. Nie rozumiem, a przecież ludzie chodzą.
Ostatnia prosta i wreszcie spomiędzy drzew wyłania się murowany domek. Może zrzucić plecak ze zmęczonych barków, pani za barem już czeka. Potrzebuje ledwie chwili, by zdecydować – dziś najlepsza będzie kwaśnica na żeberku, gęsta od kapusty, że łyżkę można na sztorc postawić. Do tego zimne piwo; najlepsze na świecie, bo wypite w schronisku po górskiej wycieczce.
Czuje, jak tłuszcz z golonki powoli ścieka mu po brodzie. Dobrze górale przypiekają, oj dobrze! A do tego w tej knajpie podają całkiem słuszne porcje. Wczoraj trafił gorzej, wczoraj się nie najadł. A tu – choćby promocja na piwo zachęca do ponownych odwiedzin. Może nie jutro, jutro pójdzie na pizzę, ale raczej tu wróci. Kelner! Jeszcze jeden kufelek poproszę!
Zwija poduszkę w nieforemną bryłę, lubi gdy głowa leży nieco wyżej. Oczy same się zamykają. To normalne po tak intensywnym dniu.

W końcu tyle się działo.